Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyprawy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 marca 2011

Największa wyspa Australii ;)

Cztery dni na odpoczynek to niewiele, ale wystarczyło aby nabrać nowe chęci na odkrywanie nieznanych nam jeszcze terenów. Tym razem nie musieliśmy zrywać się o nieprzyzwoitej godzinie, bo nasz lot zaplanowany był na godzinę 10.00. Planowaliśmy wyjść z domu około 7.00, ale trochę zamarudziliśmy w domku i z 7.00 zrobiła się 7.30.

Na sydnejskie lotnisko dotarliśmy po 8.00. Gdy zobaczyłam kolejkę zrobiło mi się gorąco. Nie dosyć tego, co jakiś czas przez obsługę wyłapywani byli spóźnialscy z wcześniejszych lotów, a tym samym na check-in, czyli nadanie bagaży i przydzielenie miejsc (boarding passów) czekaliśmy ponad godzinę. Lżejsi o wielką torbę, szybkim krokiem, udaliśmy się na kontrolę paszportów i przekroczenie granicy. Do zobaczenia za kilka dni Australio!

Nasz samolot
Samolot, który miał nas zabrać do Queenstown nie należał do gigantów, ale obsługa była bardzo miła. Linie lotnicze Air New Zealand miały do zaoferowania swoim pasażerom klasy „tylko siedzenie” kilka nieciekawych filmów, seriali oraz herbatkę i kawkę, za wszelkie inne udogodnienia trzeba było zapłacić ekstra. Dla siebie znalazłam wywiad z zespołem Take That oraz ich najnowszy album Progress, a Przemek oglądał głupie seriale na przykład takie jak The Big Bang Theory, czyli Teoria Wielkiego Podrywu.

LecimyWreszcie pod nami ujrzeliśmy nasz cel. Po prostu bajka! Góry, góry, jeziora i rzeki, i góry, i znów góry :) Cały czas tylko się zachwycałam i pytałam Przemka, czy widzi to co ja z jego miejsca przy oknie ;) Później dowiedziałam się, że Przemek zamiast zachwycać się widokami wypatrywał smug na ścianach wzgórz, ale żadnej nie dostrzegł.

Wydawać by się mogło, że nasz lot trwał prawie pięć godzin, gdyż na miejsce dotarliśmy około 2.55. Na całe szczęście w rzeczywistości zajął on około trzech. Zanim jednak wylądowaliśmy, pilot wykonał dodatkowe okrążenie nad miastem, a podchodząc do lądowania tak blisko mijał jedną z gór, iż odniosłam wrażenie, że lada moment stracimy skrzydło.

W Nowej Zelandii nie mieliśmy żadnego problemu z ustaleniem godziny w Polsce, bo zegarek wskazywał dokładnie ten sam czas z małym wyjątkiem, u nas był dzień, podczas gdy nasza rodzina smacznie spała :) Cóż chyba nieco za wcześnie, by dzwonić do domu, ale sms-ik się należy. Zanim swobodnie zdołaliśmy odetchnąć nowozelandzkim powietrzem musieliśmy przejść kontrolę na granicy. Sprawdzenie, czy zdjęcie w paszporcie przypomina choć trochę oryginały, a następnie kontrolę bagażową. Do wyboru: rentgen albo przeszukanie pod kontem zagrożeń biologicznych. Wybraliśmy pierwszą opcję, a ponieważ tym razem nie przewoziliśmy narkotyków, nie było większych problemów ;) Witaj Nowa Zelandio! :)

Na lotnisku spędziliśmy jeszcze trochę czasu, musieliśmy jak najszybciej potwierdzić naszą jutrzejszą wycieczkę. Niestety z podanym przez agenta numerem telefonu mieliśmy problem i dopiero po kilku próbach Przemek udał się na poszukiwanie automatu. Okazało się, że się zgapiliśmy i próbowaliśmy dodzwonić się pod bezpłatny numer z komórki z roamingiem. Dopiero z publicznego automatu wszystko poszło gładko. Człowiek uczy się przez całe życie :)

Czas na podbój NZNo... Gdy wszystko było już załatwione, zebraliśmy kilkanaście darmowych przewodników i w końcu udaliśmy się by zaczerpnąć świeżego powietrza. To co od razu poczuliśmy, to panujący chłód i zdecydowanie niższa wilgotność powietrza niż w Sydney. W końcu prawie jak w domu! Choć jak każdy wie „prawie” robi wielką różnicę :)

Spokojnym krokiem ruszyliśmy w kierunku przystanku na autobusy, tym razem nie shuttle bus-y, ani taksówki, lecz po prostu autobusy. Po krótkim wywiadzie Przemek dowiedział się, że dotarcie z lotniska do centrum Queenstown nie stanowi tutaj najmniejszego problemu. Na przystanku staraliśmy się jeszcze ustalić, który numer nas interesuje, czym jednak zapoznałam się z rozpiską już podjechał autobus. Właściwie tak było prościej, wystarczyło zapytać kierowcę. Jeszcze tylko po $6,00 (oczywiście nowozelandzkich) od osoby i możemy jechać do miasta.

Znaczną część drogi, którą pokonywaliśmy przebiegała wzdłuż jeziora, a dokładniej odnogi jeziora Wakatipu, Frankton Arm , a wszystko zatopione wśród gór. Już mi się podoba :) W centrum Queenstown autobus zatrzymywał się tylko w jednym miejscu, co nie stanowiło problemu, bowiem centrum jest tak małe, że wszędzie można dotrzeć w pięć minut ;) Nasz hotel odnaleźliśmy bardzo szybko. Podczas gdy Przemek nas rejestrował, ja miałam ochotę na filiżankę kawy. Chyba byłam nieco zmęczona, bo zapłaciłam za kawę, ale pod automat nie podstawiłam kubeczka :) Nawet nie wiem, czy była warta dwóch nowozelandzkich dolarów :D

Pokoik przypadł nam do gustu, lecz nie zabawiliśmy w nim długo. Zabraliśmy tylko najbardziej potrzebne rzeczy i poszliśmy zapoznać się z miastem. Chłód dawał się nam we znaki, czegóż w końcu można było się spodziewać po miejscu otoczonym górami i tuż nad wielkim jeziorem. Pomimo tego ciekawość była silniejsza, no i oczywiście głód.

Tym razem na obiad mieliśmy rybkę z frytkami i sałatką, pycha :) Dało nam to wystarczająco energii, aby przejść się głównymi ulicami miasta, dzięki temu poznaliśmy Moa i kiwi. Nawet nie wiedzieliśmy, że będziemy mięli tę szansę już pierwszego dnia ;) Powietrze było dla mnie wyjątkowo złośliwe. Na dzień przed wylotem nieco się przeziębiłam, a chłód w niczym mi nie pomagał. Ponadto jutro czekał na nas wielki dzień. Postanowiliśmy, więc że jest już najwyższy czas przygotować się na spokojnie do kolejnej wyprawy.

Ula i moa Przemek i kiwi

W hotelu ugotowaliśmy sobie spaghetti, które będzie naszym jutrzejszym obiadem. O dziwo zadanie to nie było łatwe! W kuchni znajdowało się dużo osób, o wiele za dużo :) Każdy chodził tu z czymś niebezpiecznym: gorąca woda, noże, rozżarzone patelnie. Na całe szczęście nasze danie nie było skomplikowane i szybko się ewakuowaliśmy. Jeszcze tylko ciepły prysznic i do łóżka. Rety jak dobrze :)

niedziela, 13 marca 2011

Potok pytań przy kołysce

Czekamy na shuttle busNadszedł ostatni dzień naszej tasmańskiej przygody z biurem Adventure Tours Australia. Rano wszyscy byliśmy gotowi przed czasem, podobnie jak wczoraj, dzięki czemu w Visitor Center byliśmy parę minut po ósmej. Część osób z naszej grupy, głównie młodzież (Ingrid oraz Fernando, Lea i Katrine) udała się na canyoning, czyli pełne adrenaliny „zwiedzanie” kanionu przy użyciu różnych technik takich jak: pływanie, wspinaczka, skoki do wody, zjazdy wodne w wąskich przesmykach i od czasu do czasu chodzenie. My postanowiliśmy zobaczyć ile osób wyjdzie cało z tej wodnej batalii i w zależności od wyniku w przyszłości również spróbować przeżyć podobną przygodę ;) Tymczasem, jak większość grupy, dzień w Cradle Mountain postanowiliśmy przeznaczyć na odkrywanie uroków okolicy na nogach. Ponieważ szlaków dla pieszych jest tu pod dostatkiem, każdy mógł dobrać drogę odpowiednią do swoich możliwości fizycznych.

My, podobnie jak Yasi (Christina) uznaliśmy, że najkorzystniej będzie trzymać się Matta, jako że świetnie zna tutejsze tereny i wybierze najciekawszą trasę. Ustawiliśmy się w kolejce do specjalnego shuttle busa, ponieważ do parku narodowego Cradle Mountain-Lake St Clair National Park nie można wjeżdżać autobusami i już po kilkunastu minutach znaleźliśmy się na szlaku prowadzącym do Marions Lookout.

Odchody wombata
Trasa ta zaczęła się „gównianie” ;), czyli niezliczoną ilością wombatowych odchodów ;) Nawet nieuważni nie mogli nie zauważyć ich norek tuż przy ścieżce, więc miałam nadzieję, że może choć jedna duża „świnka morska” będzie posilała się w okolicy. Na trasie do Marions LookoutNiestety nic z tego, wombaty preferują cień i półmrok, a dzisiejszy dzień był dość słoneczny. Rekompensatą były dla nas zniewalające widoki. Mijaliśmy między innymi pomarańczowe trawy, które dość licznie występują w tych okolicach. Dzięki temu, że był z nami Matt dowiedzieliśmy się, że żyją w nich ogromne homary. Dotarliśmy również do jeziora Crater Lake nad brzegiem, którego stoi chatka, niestety nie Puchatka ;) Jest to domek z 1912 roku, zbudowany przez Gustav i Kate Weindorfer i przeznaczony na łódki, którymi małżeństwo organizowało pierwsze przejażdżki po jeziorku. Państwo Weindorfer wybudowali również w tych okolicach dom nazywany przez nich później Waldheim, czyli leśny dom. To właśnie Gustav Weindorfer, jako pierwszy powiedział: „This must be a National Park for the people for all time. It is magnificent, and people must know about it and enjoy it.” (To musi być Park Narodowy dla ludzi po wsze czasy. To jest wspaniałe i ludzie muszą o tym wiedzieć i cieszyć się tym.). Samo jezioro Crater Lake pomimo nazwy (krater), powstało nie w kraterze wulkanu, lecz w wyniku zlodowaceń. Ciemny kolor wody, tak jak w przypadku wielu jezior i strumieni w całej zachodniej Tasmanii, pochodzi od tanin.

W drodze do Marions Lookout Crater Lake Chatka na łódki z 1912 roku

Nad jeziorem złapaliśmy chwilę wytchnienia, by zaraz potem ruszyć w dalszą drogę, pod górkę i pod górkę i znów pod górkę. Oprócz odpoczynku nad jeziorem Crater Lake „znaleźliśmy” również dodatkowego towarzysza wycieczki. Chyba spodobały mu się opowiadania Matta na temat okolicy i dalej młodzieniec z dużym plecakiem maszerował razem z nami. W końcu dotarliśmy do punktu widokowego, jak się jednak okazało nie był to jeszcze nasz oczekiwany Marions Lookout. Do pokonania mieliśmy jeszcze ładnych kilkadziesiąt metrów w górę i w górę i jeszcze raz w górę. Zanim jednak przyszło nam się wdrapywać Matt rozmawiał z kolejnymi spotkanymi turystami, podczas gdy nasza trójka zachwycała się widokami i tradycyjnie utrwalała je na zdjęciach. Christina zdołała się też nabrać na wytłumaczenie Matta nazwy widocznego stąd jeziorka Wombat Pool, a mianowicie miała ona pochodzić od stad wombatów gaszących pragnienie po wyczerpujących sprintach przez dolinę ;) Jednak, po uważnym przyjrzeniu się kształtowi stawku, wszystko stawało się jasne.

Korzystamy z chwili odpoczynku na trasie do Marions Lookout
Jeszcze tylko kilka kropel potu, wywianych przez wiatr i jest Marions Lookout, z którego pięknie prezentuje się Dove Lake oraz Cradle Mountain. Cradle w języku angielskim oznacza kołyskę, stąd też nazwa góry, ponieważ przypomina kolebkę małego dziecka. Osoby obdarzone dobrą wyobraźnią, niekoniecznie taką jak Ania z Zielonego Wzgórza, są w stanie patrząc na górę Cradle Mountain ujrzeć nie tylko kołyskę lecz również maleństwo w niej śpiące.

Cradle Mountain widok z Marions Lookout Widok z Marions Lookout na Crater Lake oraz Dove Lake

Na Marions Lookout zjedliśmy energetyczne kanapki oraz odpoczęliśmy. Matt chciał wracać w tym samym kierunku z którego przyszliśmy lecz nieco inną trasą, która nie należała do najnowszych, była więc nieco błotnista. Z uwagi na brak porządnego obuwia i właściwie jedynego jakie posiadaliśmy na tym wyjeździe, nie licząc sandałów, uznaliśmy, że pasujemy. Jak się okazało był to strzał w dziesiątkę! Zamiast tego Matt zaproponował naszej trójce spacer szlakiem Face Track, czyli przejście wzdłuż czoła góry Cradle Mountain, a następnie zejście do jeziora Dove Lake. Wszyscy chętnie przystaliśmy na tę propozycję mając nadzieję na nieco inne krajobrazy.

My na Marions Lookout
Idziemy w kierunku Face TrackW tym miejscu pożegnaliśmy się z naszym dodatkowym, chwilowym członkiem grupy, młodym turystą z wielkim plecakiem, życząc mu przyjemnej drogi i ruszyliśmy przed siebie. Pogoda była kapryśna, gdy słońce wychodziło zza nielicznych chmur było wręcz gorąco, gdy natomiast chowało swe lico za obłoki momentalnie robiło się chłodniej, dodatkowo powiewał od czasu do czasu zimny wiatr. Miałam nadzieję, że gdy zejdziemy nieco niżej liczne, zielone drzewa ochronią nas przed chłodnymi powiewami. Zanim jednak mieliśmy zacząć obniżanie pułapu, musieliśmy pokonać Face Track. Dopiero przy wejściu na szlak Matt ostrzegł nas, że ta część drogi należy do bardziej dzikich. W porównaniu do przebytej trasy, którą praktycznie przeszliśmy na czymś na styl drewnianego chodnika, teraz miało się wszystko zmienić. Rzeczywiście droga nie należała do najłatwiejszych, było bardzo stromo, miejscami przecinały ją górskie strumienie z krystalicznie czystą wodą, czasami skały nieco się chwiały. Było zdecydowanie ciekawiej niż wcześniej. Z góry widzieliśmy roztaczające się w dole jeziora Dove Lake i Lake Rodway, a za nami kołyskę dla dziecka :) Drogę umilała nam, jak zresztą przez cały czas, Christina, zadając tysiące pytań Mattowi. Jestem pełna podziwu z jaką cierpliwością Matt odpowiadał na każde jedno, nawet te na które odpowiedzi udzielił parę minut wcześniej.

Początek Face Track Przemek, Matt i Christine na tle Cradle Mt

My i jezioro Dove

Na szlaku Face Track Na szlaku Face Track Na szlaku Face Track

Nadszedł czas na kolejny odpoczynek, musieliśmy zebrać siły, aby spokojnie zejść w kierunku jeziora. Schodzimy w kierunku Dove LakeZnak na trasie informował nas, że przed nami jeszcze dwie godziny marszu. Posililiśmy się, a potem rozmawialiśmy dość długo, by w ostateczności ruszyć w dalszą drogę. Na początek kilka łańcuchów, pomocnych do pokonania najbardziej stromych fragmentów trasy, a potem już tylko w dół i w dół i jeszcze w dół :) W między czasie minęliśmy kilkoro piechurów zainteresowanych, tym, czy daleko jeszcze :) Oj daleko! :) Idąc dalej krajobraz stopniowo się zmieniał, aż weszliśmy pomiędzy drzewa. Był to niewielki fragment lasu z elementami lasu deszczowego, po prostu bajka. Gdy przeszliśmy ten baśniowy odcinek trasy naszym oczom ukazało się jezioro Dove Lake. Od tego momentu było już dużo łatwiej. Trasa raczej pozioma, tylko z niewielkimi wzniesieniami od czasu do czasu. Idąc tak wzdłuż brzegu jeziora zatrzymaliśmy się jeszcze w punkcie widokowym, z którego mieliśmy okazję, tym razem z oddali, podziwiać górę, na czole której byliśmy jeszcze jakiś czas temu.

Schodzimy w kierunku Dove Lake Schodzimy w kierunku Dove Lake Schodzimy w kierunku Dove Lake

Nieco dalej koło domku nad wodą Matt zapytał, czy chcemy tu odpocząć, czy idziemy w kierunku pobliskiego parkingu i wracamy do Visitor Center. Wszyscy byliśmy już baaarrrdddzzoo głodni dlatego zgodnie wybraliśmy opcję drugą. Na shuttle bus nie czekaliśmy długo, podjechał jak na zawołanie. W centrum turystycznym przy stolikach odnaleźliśmy dziewczyny (Andrię, Greete i Mitchell), które wybrały lżejszą opcję spaceru, obejście jeziora Dove Lake dookoła. Głodni jak wilki zamówiliśmy ciepły posiłek i przy wspólnym stole wymienialiśmy się wrażeniami ze spaceru.

My na tle Dove Lake oraz Cradle Mt

Spacer wdłuż Dove Lake Spacer wdłuż Dove Lake Spacer wdłuż Dove Lake

Po obiedzie przyszło nam już tylko czekać na canyoningującą część grupy. Aby czas szybciej nam minął poszliśmy z Przemkiem na spacer w pobliżu centrum i ku naszemu zaskoczeniu zaraz przy głównym wejściu do budynku ujrzeliśmy wombata. Nie można było takiej okazji przepuścić. Przemek ustawił się w strategicznej pozycji i zdążył nagrać biegnącego zwierzola.

Zaraz potem przyjechała zagubiona część naszej drużyny. Rozchachani od ucha do ucha. Lea poprosiła jeszcze Matta o możliwość podjechania do Dove Lake, aby zrobić kilka zdjęć Cradle Mountain, a zatem nie pozostało nic innego jak znowu czekać i czekać. Czas mijał nam szybko i z uśmiechem na twarzy, gdy słuchaliśmy opowiadań Ingrid, Fernando i Katrine na temat ich kanionowych przygód. Wkrótce też dołączyła do nas Lea i mogliśmy ruszyć w drogę do Devonport.

W drodze do Devonport
Dotlenieni, najedzeni i pełni wrażeń zasypialiśmy w autobusie. Staraliśmy się jednak walczyć ze zmorą i chłonąć widoki za oknem. Od razu wypatrzyliśmy, że na trasie z resortu Cradle do Devonport mieszkańcy tutejszych okolic mają niesamowite skrzynki na listy, co jedna to bardziej wymyślna.

W Devonport, pożegnaliśmy się z ekipą Adventure Tours Australia. Tutaj też czekało na nas miłe zaskoczenie, a mianowicie nasz motel Comfort Inn Sunrise, w którym się zatrzymaliśmy, zaskoczył nas zafundowanym standardem: łazienka, dwa pokoje, umywalka, telewizor, fotele, kanapy i super wygodne łóżko! Jak znalazł na odpoczynek po tak wyczerpującym dniu, ale mimo wszystko zaczęliśmy zachodzić w głowy ile nas ten luksus kosztował...

Pomimo tego, iż łóżko bardzo zachęcało do głębokiego snu, zostawiliśmy bagaże i poszliśmy do miasta. Chcieliśmy zobaczyć prom Spirit of Tasmania oraz imprezę odbywającą się w mieście Taste the Harves, czyli coś na styl sydnejowskich festiwali. Dopiero, gdy zaczęło się ściemniać wróciliśmy do hotelu kupując po drodze tasmańskie piwo. Z taką dawką świeżego powietrza, ruchu i piwa, nic więcej nie potrzeba by dobrze spać :)

Spirit of Tasmania Festiwal w Devonport - Taste the Harves

sobota, 12 marca 2011

Quadem w krzaki

Dom Adventure Tours AustraliaDziś przywitało nas słonko za oknem, ach jak przyjemnie się wstawało. Żeby było jeszcze sympatyczniej mogliśmy pospać do 7.00, bowiem dom Adventure Tours Australia opuszczać mieliśmy dopiero o 9.30. Huon PineNasza dziesięcioosobowa grupa okazała się tak zorganizowana, że gotowi byliśmy już o 9.00, dzięki czemu Matt miał trochę czasu, aby pokazać nam drzewo Huon Pine (Lagarostrobos franklinii) rosnące w ogródku nieopodal.

Drugi człon nazwy Pine wskazuje, że jest to sosna, co nie do końca jest prawdą. Jest to drzewo z rodziny zastrzalinowatych. Charakteryzuje się ono bardzo wolnym wzrostem, lecz również długowiecznością, niektóre gatunki mogą dożywać nawet 2000 lat. Okaz, który oglądaliśmy w ogródku posiadłości Adventure Tours Australia liczył sobie 150 lat i w ogóle na ten wiek nie wyglądał ;) Przyczyną tego jest, jak już wspomniałam, wolny wzrost. Przyrost roczny to około 1 mm. Drewno Huon Pine cenione jest głównie z uwagi na złotawy kolor i odporność na przegnicie, jak również niepowtarzalny zapach. Wyspiarze wykonują z Lagarostrobos franklinii bardzo pomysłowe wyroby, o czym mieliśmy okazję się przekonać w miejscowym sklepie The Tasmanian Special Timbers Bradshaw & Morrison.

Wyroby z huon pine Huon Pine Wyroby z huon pine

Zanim opuściliśmy Strahan Matt pokazał nam jeszcze tutejszy posterunek policji :) Prawda, że uroczy? :)

Posterunek policji
Pierwszym przystankiem sobotniego ranka była, całkowicie dzika, zachodnia tasmańska plaża. Gdzie nareszcie nadarzyła się okazja, aby naszej grupie zrobić wspólne zdjęcie :) W skład ekipy wchodzili: Andria ze Szwajcari, Katrine z Danii, Greete z Holandii, Lea z Niemiec, Matt nasz przewodnik, Ingrid oraz jej chłopak Fernando z Kolumbii, Yasi z Chin, którą nazywaliśmy Christina, Mitchell z Australii, oraz oczywiście my.

Nasza grupa, od lewej: Andria ze Szwajcari, Katrine z Danii, Greete z Holandii, Lea z Niemiec, Matt nasz przewodnik, Ingrid oraz jej chłopak Fernando z Kolumbii, Yasi (Christina) z Chin, Mitchell z Australii, Ula i Przemek
Zaraz po obejrzeniu plaży i utrwaleniu jej na niezliczonej ilości zdjęć ;) pojechaliśmy prosto na wydmy Henty Dunes, gdyż mieliśmy tutaj umówione spotkanie na godzinę 11.00. Czekało na nas zwiedzenie niezmierzonych obszarów wydm na czterech kółkach. A było co przemierzać. Wydmy Henty osiągają wysokość od 30 do 40 metrów, a sięgają kilka kilometrów w głąb lądu. Nie ma tu oznaczonych szlaków dla pieszych, co stanowi dodatkową atrakcję dla piechurów – mogą się zgubić ;)

Henty Dunes Henty Dunes Henty Dunes

Ponieważ osiem osób z naszej ekipy zdecydowało się na podbicie piaszczystych obszarów na kółkach, podzieleni zostaliśmy na dwie mniejsze grupy. Przemek i ja jechaliśmy na quadach w drugiej rundzie, a w związku z tym należało wykorzystać najbliższe 40-50 minut na zobaczenie tyle ile się da na pieszo. Przemierzaliśmy, więc wydmy na wysokości koron drzew, które rosły tu wiele, wiele lat temu, a obecnie ich szkielety dobrze zakonserwowane są w piasku. Obserwowaliśmy ruch drobnych ziarenek spowodowany niewielkim wiatrem, co dawało efekt delikatnej mgiełki i spoglądaliśmy w wydmową przepaść, tuż za którą rozciągał się las. Czas minął nam bardzo szybko, z daleka widzieliśmy nadciągającą pierwszą część naszej grupy, rozchachaną od ucha do ucha. No cóż skoro im się udało i sprawiło taką frajdę to i nam się wszystko powiedzie, a zatem do dzieła!

Henty Dunes Henty Dunes Henty Dunes

Na początku przeszliśmy drobne szkolenie. Jeździliśmy w kółko, a nasz instruktor sprawdzał jak radzimy sobie z czterokołowcem. Po pozytywnie zdanym egzaminie, nikt nie spadł ze swojego siodła ;), nie pozostało nam nic innego jak rzucić się w wir przygody. Uuuu! Nie zdawałam sobie sprawy z prędkości, jaką narzuci nam nasz przewodnik. Wynikiem tego wytworzyłam w sobie ogromne ilości adrenaliny, pojazdem trzęsło, do tego jeździliśmy pomiędzy krzakami, po górkach oraz pokonywaliśmy spore zakręty. Niestety Yasi, czyli Christina bardzo szybko odpadła z „gry”. Nie radziła sobie z quadem i co jakiś czas wypadała z trasy, także po którymś razie z kolei nasz instruktor w obawie o jej zdrowie zabrał ją na swój pojazd. Krótko potem zdarzyło się, że Przemek z powodu chwili nieuwagi wjechał w dość spore krzaki! Powiem Wam, że ja na jego miejscu zaczekałabym na pomoc, ale nie! On świetnie poradził sobie z zieloną ścianą i po prostu przejechał ją na placek swoim pojazdem :) To jest dopiero pirat wydmowy! ;) Reszta podróży przebiegła bez kolejnych wyczynów kaskaderskich. Później mieliśmy jeszcze tylko jedną przerwę, tym razem zaplanowaną, w trakcie, której instruktor opowiadał nam o wydmach, a na końcu zapytał o to czy jesteśmy w stanie pokazać, gdzie znajduje się nasz autobus. Cóż za pytanie? Przecież oczywiste było, że nikt nie wie ;)

  

Quadowa zabawa była warta swojej ceny. Długo potem z Przemkiem wymienialiśmy się wrażeniami, jednakże na dzień dzisiejszy jesteśmy zdania, że ten jeden raz w zupełności nam wystarczy i nie musimy tego chwilowo powtarzać.

Woda w jeziorze MackintoshWszyscy zadowoleni z bananami na twarzach wsiedliśmy do busika, by udać się do Cradle Mt. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze nad jeziorem Lake Mackintosh. Śmiałkowie mieli okazję się w nim zanurzyć, ale zdaniem większości grupy pogoda nie była na tyle sprzyjająca aby popływać. Do odważnych zaliczały się głównie panie: Lea, Katrine, Mitchell, a po dłuższym czasie również Yasi (Christina). Oczywiście pierwszym śmiałkiem w jeziorze Mackintosh był nie kto inny tylko Matt. Co ciekawe woda w tym gigantycznym stawie miała zabarwienie czerwono-brązowe, a związane jest to z tym, że znajdują się w nim spore ilości taniny. Osoby takie, jak my, czyli dbające o to by się nie przeziębić ;) udały się na spacer i sesję fotograficzną. Jednakże z uwagi na temperaturę wody nasi śmiałkowie nie pływali zbyt długo, w związku z czym i nasz spacer nie zaliczał się do wyczerpujących.

Jezioro Mackintosh Jezioro Mackintosh Jezioro Mackintosh

Enchanted WalkOd jeziora do Cradle Mountain Resort jest trochę ponad 60 km, droga do celu upłynęła nam więc szybko. Najpierw Matt zabrał nas na krótki Zaczarowany spacer, Enchanted Walk, w trakcie którego miał nadzieję wypatrzyć dla nas wombata, bowiem okolice Cradle Mt zalane są przez te duże „świnki morskie” :) Enchanted WalkPonownie Mattowi nie udało się znaleźć nic innego jak kupy wombatów, ale i tak warto było przespacerować się tą uroczą trasą. Zaraz potem skierowaliśmy się w stronę naszego nowego miejsca zakwaterowania i... No proszę przy drodze stał sobie wombat, nieprzejmujący się niczym spokojnie jadł trawę. Matt zatrzymał autobus, choć widniały tu znaki zakazu zatrzymywania, ale ta chwila dała nam szansę zrobienia kilku zdjęć i nacieszenia oczu. Dopiero, gdy za nami pojawił się nadjeżdżający pojazd Matt ruszył dalej. Dźwięk silnika spłoszył pożywiające się stworzenie i ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że wombaty to pioruńsko szybkie zwierzątka :)

Wombat
Zadowoleni, uśmiechnięci od ucha do ucha zakwaterowaliśmy się w naszych nowych pokoikach. Matt ponownie dał nam czas wolny. Niektórzy poszli na spacer w kierunku, gdzie widzieliśmy ostatnio wombata, chyba z nadzieją przyłapania go ponownie na przekąsce. My natomiast postawiliśmy na zapoznanie się z okolicą. Nasza kwatera znajdowała się w tak dzikiej okolicy, że małe kangurki wallaby podchodziły pod domki, ptaki kradły kosztowności, wieczorem pałanki wybierały resztki ze śmietników (dlatego pokrywy od kontenerów były dodatkowo obciążone porządnym kawałkiem drewna), a diabły tasmańskie zadowalały się obuwiem. Trzeba, więc było pamiętać o zamykaniu drzwi, by przypadkiem następnego dnia nie zwiedzać okolicy na boso.

Wallaby przy autobusie Adventure Tours Australia
Na naszym spacerze spotkaliśmy kilka małych wallaby i pomimo iż nie widzieliśmy diabełka, to trafiło nam się jego gówienko :) Do kuchni na obiad wróciliśmy punktualnie o planowanej godzinie. Dziś Szef Matt serwuje pyszny ryż z kurczakiem i warzywami. Po obiadokolacji siedzieliśmy całą grupą przy piwku rozmawiając i śmiejąc się. Właśnie teraz, kiedy zdążyliśmy się nauczyć swoich imion i zżyliśmy się ze sobą, przyszło nam się już prawie rozstawać – przed nami ostatni wspólny dzień przygód... ale nie ostatni dla mnie i Przemka.

Okolice Cradle Mt
Nieomalże tradycyjnie o 22.00 wymiękliśmy, na całe szczęście nie jako pierwsi :) Na jutro planowane opuszczenie resortu przy Cradle Mt mniej więcej na 8.15, a zatem kolorowych snów.


Pokaż Droga ze Strahan do resortu Cradle Mt na większej mapie