Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Szukając Moby Dick'a

Miniony poniedziałek upłynął nam pod znakiem dobrej zabawy. Jedyny minus jakiego jestem w stanie się doszukać to wczesne wstanie z łóżka, poza tym wszystko było super :)

Dlaczego było tak fantastycznie? Ponieważ wybraliśmy się w krótki rejs na oglądanie waleni w naturze, czyli "Whale watching cruise". Nie byliśmy pewni, czy taka kilkugodzinna wycieczka na ocean, zamiast oczekiwanych atrakcji nie dostarczy nam przypadkiem nudności spowodowanych chorobą morską. Ponieważ jesteśmy zapobiegliwi, więc postąpiliśmy zgodnie z powiedzeniem "lepiej dmuchać na zimne" i idąc spacerem w stronę Darling Harbour ssaliśmy tabletki "Kwells - travel sickness prevention". Na miejscu nie widzieliśmy nigdzie statku, którym mieliśmy płynąć. W porcie stała tylko niewielka motorówka, przeznaczona do ekspresowego oglądania waleni. Od razu powiedziałam Przemkowi, że „ja tym nie płynę” :)

Spokojnie z naszym boarding pass-em udaliśmy się w miejsce, w którym około tygodnia wcześniej nabyliśmy bilety. Okazało się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i nasz katamaran powinien pojawić się w porcie za kilka minut. Ponieważ wybraliśmy się na rejs poranny, więc na pokładzie nie było zbyt wielu osób. Pogoda była ładna tylko trochę wiało. Wypłynęliśmy 5 mil w głąb oceanu, gdyż dzień wcześniej widziane były tam humbaki. Kręciliśmy się powolutku w miejscu, gdy w między czasie pojawiły się delfiny. W momencie, gdy próbowałam ustrzelić jakiegoś, komuś z załogi wydawało się, że w oddali dostrzegł pożądanego ssaka i jak dodaliśmy gazu... Niestety był to fałszywy alarm, a jedynie udało nam się zostawić gdzieś daleko w tyle delfinki.

Pomimo, że w czasie tego rejsu już nic nie widzieliśmy bawiłam się tą wyprawą na całego. Podobały mi się fale i to jak bujają statkiem, podobało mi się czerpanie satysfakcji z ogromu oceanu i szumu wiatru. Niestety, gdy zaczęliśmy płynąć w stronę lądu zerwał się potężny wiatr. Trzeba było trzymać czapkę, okulary, aparat fotograficzny no i siebie samego, co było najtrudniejsze. Byliśmy dzielni i staliśmy tak na pokładzie, w hulającym wietrze przez długi czas, aż zimno nas zmogło i walcząc z podskakującym podłożem zeszliśmy pod pokład. Wracając do portu załoga przepraszała nas, za to, że nie udało nam się zobaczyć obiecanego walenia. Oferowano ponowny rejs w dowolnie przez siebie wybranym terminie. Ponieważ bardzo się nam podobało, pomimo drobnej porażki, postanowiliśmy nie opuszczać statku i popłynąć jeszcze tego samego dnia na kolejną wyprawę. I tak też uczyniliśmy.

Tym razem załoga się zmieniła, ale zanim do tego doszło zdążyli przekazać sobie informację, gdzie nie ma waleni :) Za drugim razem wypłynęliśmy zdecydowanie dalej od brzegu, a gdy pojawiły się delfiny nie uciekaliśmy im. Oprócz naszego statku jeszcze dwa inne poszukiwały waleni w tym samym czasie, więc nasza załoga była z nimi w kontakcie. Ja i Przemek zajęliśmy dokładnie te same strategiczne pozycje na pokładzie, koło radaru i zachwycaliśmy się licznymi delfinami. Wiatr nie był już tak silny jak rano, ale fale nadal mocno huśtały naszym katamaranem. Osoby, które stały na przedzie, krzyczały, chyba z zachwytu, gdy fale uderzały o statek i moczyły co niektórych odważnych.

Kiedy już byliśmy przekonani, że i ten rejs skończy się niepowodzeniem, dostaliśmy cynk od innego statku. Zmieniliśmy kurs i wypatrywaliśmy. Aż nagle, w oddali, fontanna! I znowu zmiana kursu, i trafiony. Widok zapierający dech w piersiach! Przez jakiś czas płynął tuż przy naszym statku pod powierzchnią wody, by na chwilę się wynurzyć i tak już do końca rejsu śledziliśmy walenia wraz z innymi statkami.

Razem z Przemkiem byliśmy tak zauroczeni humbakiem, że całkowicie zbagatelizowaliśmy sobie informację dobywającą się z głośnika, aby zająć miejsca. Zrozumieliśmy co się dzieje, dopiero, gdy ledwo co byliśmy w stanie utrzymać się na nogach. Statek płynął, chyba, maksymalną prędkością w kierunku portu. Na czworaka przy barierce doszliśmy do schodów i jakoś udało się dotrzeć na niższy pokład. Widziałam, że podczas tego rejsu sporo osób miało problemy z chorobą morską. Przyznaję, że bujało bardzo mocno, ale ani ja, ani Przemek nie czuliśmy się źle. Być może jesteśmy odporni, a być może to zasługa wcześniej zażytych tabletek, w każdym bądź razie na statku spędziliśmy około 7 godzin bez przerwy. Niestety, jako że, większą część czasu przebywaliśmy na wietrze, zaraz po powrocie do domu należała się nam dawka aspiryny, witaminy C, ciepły prysznic i gorąca herbatka. Póki co mamy się dobrze, a wrażenia wciąż są w nas jak żywe.

Osoby zainteresowane taką atrakcją powinny mieć na uwadze, że w okolicach Sydney migracja wielorybów jest obserwowana od maja do listopada każdego roku.



czwartek, 22 kwietnia 2010

Wrażenia z Taronga Zoo

Po ostatnich informacyjnych postach czas powrócić do rozrywki :) czyli tego co lubimy. Tym razem kilka słów o najbardziej znanym sydnejskim Taronga Zoo. Do tego malowniczego miejsca dotrzeć można, albo autobusem, albo drogą wodną. Polecam tę drugą opcję, przyjemnie jest popatrzyć na Sydney od zatoki i cieszyć się przy tym bryzą.

Kiedy my wybieraliśmy się na spotkanie z Taronga Zoological Park pogoda była wymarzona. Słońce nie prażyło, bo od czasu do czasu chowało się za chmurki, ale nie było także zimno, po prostu tak jak być powinno :) Zdecydowaliśmy się oczywiście na prom, który rusza z przystani 2. Trochę inaczej wyobrażałam sobie stację docelową, byłam przekonana, że wysiadając od razu wejdziemy na teren zoo. W rzeczywistości tak nie jest. Z logicznego punktu widzenia jest to oczywiste, bo przecież należy jeszcze wykupić bilet wstępu. Myślę, że można to zrobić wcześniej podczas nabywania biletu na prom, gdyż niektóre osoby bez kolejki były wpuszczane na teren parku. Nam przyszło czekać w ogonku ponieważ posiadaliśmy (jeszcze wówczas) Daytrippera, a zatem zamartwianie się o wstęp na prom od razu nam odpadło. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, Daytripper upoważniał nas do 10% zniżki.

Zainteresowanych powinnam jeszcze powiadomić, że po opuszczeniu promu są dwie możliwości dotarcia do wejścia głównego: autobusem lub kolejką, która jedzie nad zoo. I choć by dostać się do tej drugiej czasami trzeba swoje odstać, to naprawdę warto. Możliwość ujrzenia zoo z góry jest pierwszą, niezapomnianą atrakcją takiej wycieczki.

Wstęp do zoo nie należy do najtańszych, nam udało się jeszcze załapać na nieco mniej kosztowne wejściówki. Dla dorosłego $41,00, a studencki $28,00, co razem ze zniżką (tylko dla mnie, bo concession ma już zniżkę sam w sobie) dało $64,90. Obecnie ceny to $43,00 za osobę dorosłą, a dla studenta $30,00. Pozostałe informacje, jak i aktualne ceny znajdziecie na ich stronie http://www.taronga.org.au/ .


Niedaleko wejścia głównego znajduje się punkt informacyjny, gdzie otrzymać można mapki. Jako turyści z Polski dostaliśmy dwie jedną ogólną, a drugą z zaznaczonym szlakiem obejmującym zwierzęta Australii.


W Taronga Zoo można zobaczyć zwierzęta znane nam z naszych polskich zoo, jak również wspomniane typowo australijskie. To co mi bardzo się podobało to, to, że w niektórych przypadkach (jak choćby ptaki, czy kangury) można było podziwiać zwierzęta nie zza krat, lecz wchodząc do klatki. Wejście zorganizowane jest dość sprytnie, a mianowicie trzeba pokonać podwójne drzwi. Kiedy przejdziemy przez pierwsze należy zaczekać w niewielkim pomieszczeniu, aż się one zamkną i dopiero wówczas można otworzyć kolejne, wprowadzające nas do zwierząt. Takie rozwiązanie uniemożliwia zwierzętom wydostanie się na wolność, a nam możliwość obcowania z nimi.


Uwaga na niespodzianki w klatkach z ptakami ;)


Dwa razy w ciągu dnia odbywa się w Taronga Zoo pokaz z fokami (11.00 i 14.00), jak i z ptakami (12.00 i 15.00). Oba warte poświęcenia tych paru minut by zejść z wybranego szlaku i podziwiać jak niesamowite są to zwierzęta. Show z ptakami zapowiadało się naprawdę niesamowicie. Przelatujące tuż nad głowami sowy, rozbijające jajka ptaki drapieżne… Niestety zaczęło padać, poza tym, że przyszło nam bardziej uważać na sprzęt elektroniczny, nadal zawzięcie siedzieliśmy na ławeczkach pod rozłożonym parasolem. Jednak czasami pogoda bywa nieubłagana, drobny deszczyk zamienił się w prawdziwe oberwanie chmury i pokaz został przerwany. Gdyby nie zbyt wysoka cena wstępu do zoo, na pewno wrócilibyśmy tam ponownie, tylko po to by obejrzeć w spokoju całe przedstawienie raz jeszcze.

Na całe szczęście, teraz z perspektywy czasu, analizując mapkę Taronga zoo stwierdziliśmy, że większą część parku zwiedziliśmy. Jedyną rzecz, która oprócz pokazu nam umknęła i której żałuję, to surykatki. Mam nadzieję, że nim przyjdzie nam opuścić ten kraj będę jeszcze miała okazję obserwować zachowanie tych zwierząt.

sobota, 27 marca 2010

Tandemem za czarnym łabędziem

Ubawiłam się wczoraj za wszystkie czasy. W tym celu wcale nie musieliśmy wybierać się do żadnego muzeum, ani innej tym podobnej placówki. Jednak po kolei…

Dzień zapowiadał się ciepły, niebo było trochę zachmurzone, ale to akurat o tej porze roku jest jak zbawienie. Po śniadaniu, nie spiesząc się ruszyliśmy w stronę stacji, zahaczając po drodze o piekarnię. Zaprowiantowaliśmy się zarówno na bieżący dzień jak i kupiliśmy bułki z myślą o niedzielnym śniadaniu. W klimatyzowanym pociągu można było ochłonąć od rozgrzanego powietrza, a Przemek dodatkowo wykorzystywał ten czas na poszerzanie swojej wiedzy z algebry (brrr... robi się naprawdę zimno). Tym razem czekała nas około godzinna droga, której celem było Bondi Junction, a stamtąd jeszcze tylko 1,6 km pieszo, czyli około 20 dodatkowych minut, aż dotarliśmy do „Centennial Park Cycles Bicycle Hire Specialists”, czyli jednej z wypożyczalni rowerów w tej dzielnicy. Już wcześniej ustaliliśmy, że wynajmiemy sobie tandem. Jednak ani ja, ani Przemek nie mieliśmy jeszcze nigdy okazji spróbować swoich sił na takim sprzęcie.


Na początku uznaliśmy, że 1-2 godzin w zupełności wystarczą, aby zapoznać się z sąsiadującym z wypożyczalnią parkiem Centennial Park. Zaraz po dokonaniu formalności, otrzymaliśmy rower oraz kaski i w drogę. Oboje stwierdziliśmy, że lepiej będzie jeśli pierwszą próbę przejazdu podejmiemy nie bezpośrednio przed wypożyczalnią (na oczach jej pracowników ;) ), gdyż nie byliśmy przekonani, na ile za pierwszym razem uda nam się opanować ten pojazd :) Jak się później okazało, była to słuszna decyzja :)

Na początku Przemkowi strasznie drżała kierownica i oczyma wyobraźni widziałam, jak oboje wywracamy się z hukiem ;) Po kilku przejechanych metrach zeszliśmy z tandemu i postanowiliśmy, że doprowadzimy go do samego parku, gdzie zamiast wąskiego chodnika jest duża droga rowerowa. Tam Przemek poprawił oba siodełka i podjęliśmy kolejną próbę – nadal przez chwilę trzęsło… Jeszcze tylko chwilka i… Jedziemy!!! :D

Super sprawa! Świetna zabawa! Nawet nie musiałam pedałować :D

Centennial Park jest dość spory, dla rowerów wydzielone są ścieżki, szerokie jak jeden pas drogowy. Mijaliśmy wielu ludzi piknikujących w cieniu drzew, jeżdżących konno, czy też pilnujących swoje pociechy, które bawiły się na placu zabaw. Sami mogliśmy cieszyć się wspaniałą przyrodą oraz dopisującą aurą. W parku znajduje się kilka stawów, stanowiących dogodne siedlisko dla endemicznych ptaków Australii – czarnych łabędzi. Doprawdy są to zachwycające ptaki, a przy tym nie wykazujące agresji w stosunku do człowieka.

Oczywiście nie mogłam się oprzeć pokusie podkarmienia tych pięknych skrzydlatych zwierzaków. Mając jednak w pamięci zwyczaje polskich białych łabędzi, zaczęłam wycofywać się, gdy podczas karmienia nielicznej grupki, pożywną bułką (tą samą przewidzianą na niedzielne śniadanie), jeden spośród nich nieugięcie podążał krok w krok za mną. Dopiero, gdy zauważyłam, że łabędzie biorą jedzenie prosto z ręki innych osób, także zdecydowałam się na to samo.







W parku byliśmy ponad trzy godziny, naprawdę przyjemnie spędzając czas. Jeżeli będziecie mięli ochotę na drobną odmianę, serdecznie polecam.

Konieczne informacje, jak choćby adres, czy aktualne ceny wypożyczalni rowerów, z której usług skorzystaliśmy, znajdziecie na stronie internetowej pod adresem: http://www.cyclehire.com.au/



  

wtorek, 16 lutego 2010

Dwie głowy...

Dla tych którzy podobnie jak ja i Przemek polubili pałanki załączam dziś kilka zdjęć wykonanych 11.02.2010. Jak co wieczór poszłam zanieść małe co nieco naszym ulubienicom, lecz tym razem, gdy podawałam Anabel kawałek jabłuszka, spojrzały na mnie dwie głowy :D



środa, 3 lutego 2010

Kilka słów o naszych Dziewczynach :)

Już dawno chcieliśmy się podzielić z Wami wrażeniami, jakie dostarczają nam nasze ulubienice – pałanki.


Pierwszy raz trafiłam na to zwierzątko, krótko po naszym przybyciu do Sydney. Idąc na zakupy usłyszałam dość nietypowo hałasujące ptaki. Tak głośny skrzek, pisk, nie mógł nie zwrócić mojej uwagi. Od razu zaczęłam uważniej się przyglądać drzewu, które wydawałoby się strasznie denerwowało ptaki. Po chwili zauważyłam przyczynę całego ambarasu – po pniu skradało się włochate zwierzątko. Powoli schodziło ono ku dołowi, ponieważ skrzydlate stworzenia nie przestawały na nie krzyczeć i nacierać. Widok ten całkowicie mnie zamurował, natychmiast przestałam się ruszać, aby nie spłoszyć żyjątka i dzięki temu mieć szansę na dokładniejsze przyjrzenie się jemu. Mały był już prawie przy ziemi, gdy spostrzegł, że jest obserwowany i zrobił dokładnie to, co ja znieruchomiał. Chwilę tak trwaliśmy w bezruchu, gdy podjęłam decyzję, że warto by było uwiecznić je na zdjęciu. Ponieważ nie byłam zbyt daleko od domu, chwyciłam za telefon i usiłowałam skontaktować się z Przemkiem. O odejściu z miejsca spotkania nie było mowy, gdybym się na to zdecydowała niezidentyfikowanego wówczas osobnika na pewno już by nie było, dlatego w tej sytuacji Przemek był jedynym wyjściem. Niestety długo nie odbierał i zanim nawiązałam z nim kontakt maleństwo najwyraźniej uznało, że najwyższa pora powoli zacząć się wycofywać. Przemek oczywiście zdążył dotrzeć i zrobić kilka fotek, ale niestety zwierzak był już wówczas z powrotem w koronie drzewa, toteż przysłaniały go nieco liście. Wystarczyło mi to jednak by później szperając w Internecie odnaleźć owo żyjątko i dowiedzieć się, że tego dnia spotkałam pałankę.


Kolejne pałanki, które widywaliśmy, mijały nas wysoko na przewodach w porach wieczorowych, lub buszowały w oddali, wśród gałązek drzew. Dopiero, kiedy pewnego wieczoru przechadzaliśmy się po ogrodzie przekonaliśmy się, że i u nas ich nie brak. Od tego momentu zaczęliśmy częściej wychodzić nocą na tyły naszego domku i obserwować ich zachowanie. W tym okresie dokarmiałam już od dłuższego czasu ptaki w karmniku na ogrodzie i czasami zdarzało mi się przesadzić z ilością płatków owsianych, które później pod wieczór pozostawały niezjedzone. To Przemek jako pierwszy zaobserwował pewnego wieczoru, że pałanka siedzi w karmniku, a dokładniej w talerzu przymocowanym do metalowej rurki przeznaczonym dla skrzydlatych stworzeń. Wówczas chyba po raz pierwszy zaświtał nam pomysł, aby zacząć zostawiać jakieś owoce dla pałanek. Najpierw obserwowaliśmy je z okna kuchni, patrzyliśmy jak ich kitki zwisają z talerza, a jego zawartość znika w pyszczkach tych istotek. Nie minęło jednak dużo czasu, gdy Przemek po raz pierwszy podał futrzanemu zwierzakowi kawałek jabłuszka nadzianego uprzednio na patyk. Tak to zaskoczyliśmy i karmiliśmy je owocami nabitymi na patki, aż do dnia, gdy i tu znowu Przemek, poczęstował pałankę bananem tym razem prosto z ręki. Oczywiście nie wszystkie pałanki są tak odważne, niektóre bały się nawet wziąć kawałek kusząco pachnącego owocu, który podawany im był na bardzo długim, bo około dwumetrowym patyku. Trzęsły im się łapki i nierzadko zdarzało się, że „śniadanko” upadało im od razu na ziemię. Jednakże z każdym wieczorem małe przekonywały się do nas, a my natomiast rozmawialiśmy głośno, by przyzwyczaiły się do naszych głosów i kojarzyły je sobie jedynie z dobrymi rzeczami. Obecnie przychodzą do nas systematycznie trzy maluchy, które nazywamy Anabel. Dlaczego tak? A no, ponieważ najodważniejszą pałanką była, jak sądziliśmy, jedna tłuściutka osobniczka, której nadaliśmy takie imię. Jednakże, jak to czasem bywa, pewnego wieczoru okazało się, że są dwie takie niczego sobie panienki i tu oniemieliśmy, nie potrafiliśmy wskazać, która z nich to Anabel, tak więc obie otrzymały to imię. Ale nie dosyć tego, jest i trzecia z przygryzionym lewym uszkiem.



Jakie one są? Wspaniałe, wystarczy zawołać, a od razu przychodzą. Liczy się jedzenie. Nie ważne, że czasami jakiś paparazzi świeci fleszem po oczach, czy też ktoś wygłupia się przy „talerzowej stołówce”. Ważny jest banan, jabłuszko, czy też inny przysmak. Warto się poświęcić, wisieć na ogonie i wyciągać łapki, aby dostać małe co nieco. Nasze Dziewczyny, jak zwykliśmy je nazywać, cały czas nas zaskakują. Ostatnio zauważyliśmy jedną z nich w bardzo wysokim jałowcu, chwiejącym się we wszystkie strony. Najwyraźniej dla naszej ulubienicy nie miało to znaczenia.


Kiedy musimy uważać? A no, gdy zdarzy się, że jedna z nich dostanie na przykład banana, a druga jeszcze nie, a znajduje się dość blisko tej pierwszej szczęściary. W takiej sytuacji pałanki gotowe są ze sobą walczyć i bywa, że spadają z drzewa. Dlatego nie chcąc mieć żadnej z nich na głowie w takich sytuacjach odsuwamy się na bezpieczną odległość, albo szybko staramy się dokarmić tę zazdrosną. Pałanki, o których do tej pory pisałam o głównie pałanki kuzu.

Nie tak dawno temu mieliśmy jednak małą przygodę z niewielkim Luckym – pałanką wędrowną. Mały Lucky próbował usilnie dostać się na palmę, którą prawdopodobnie zamieszkiwał. Niestety jego usiłowania spełzły na niczym, miał jeszcze za małe pazurki, żeby wspiąć się po wysokim drzewie. Najpierw postanowiliśmy, że będziemy go obserwować i ewentualnie będziemy reagować, aby nic mu się nie stało. Oczywiście ptaki od razu wypatrzyły szkraba i nie pozwoliły, by bezpiecznie ukrył się w koronie eukaliptusa. Na domiar złego, biedaczysko przez cały czas rozpaczliwie popiskiwało, przez co dodatkowo zwracało na siebie uwagę. W końcu, gdy zaczęło się ściemniać zarówno z powodu zbliżającej się nocy jak i nadchodzącej burzy, podjęliśmy ostateczną decyzję o wkroczeniu do akcji. Natychmiast wzięliśmy malucha do domu, gdzie w specjalnie przygotowanym pudełku wypełnionym chusteczkami higienicznymi zaszył się w jednym z jego kątów. W tym czasie Przemek zadzwonił do RSPCA (Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals), gdzie z kolei otrzymał namiary na ochotniczą organizację pomagającą zwierzakom, która ma wolontariuszy w naszej dzielnicy. Po dwóch godzinach około 22.00 przyjechał Peter z odsieczą. Jak się okazało, spodziewał się on dużo mniejszej pałanki (mimo to przyjechał z klatką jak na całkiem sporego psa ;) ). Po dokładnym obejrzeniu Lucky'ego Peter stwierdził, że mały jest cały zdrów i normalnie przez kolejne dwa, czy trzy tygodnie powinien być przy mamie, po czym z pewnością zostałby bezwzględnie wyrzucony z gniazda, jako dodatkowa konkurencja. Jednak w zaistniałej sytuacji mieliśmy dwie możliwości: po pierwsze, Peter przekazałby Lucky'ego innemu wolontariuszowi, który zająłby się malcem przez ten czas, po czym pałanka zostałaby z powrotem wypuszczona na wolność, albo drugą opcją było pozostawienie Lucky'ego pod palmą w nadziei, że jego mama pod osłoną nocy przyjdzie po niego i sama się nim zajmie. Osobiście najchętniej sama zajęłabym się Lucky'im przez te dwa tygodnie, jednak zdawałam sobie sprawę, że miejsce dzikiego zwierzątka jest w jego naturalnym środowisku, a nie w kartoniku, więc z bólem serca przystałam na drugą opcję i pod palmą zostawiliśmy otwarte pudełko.


Chwilę po tym jak Peter wyjął Lucky'ego z pudełka by jeszcze raz go dokładnie obejrzeć, czy nie ma jakiegoś złamania, malec nie oglądając się na nikogo dał nura na plecy Petera, z których zeskoczył na ziemię a następnie zaszył się w ciemnościach – tak to właśnie zaczęło się „dorosłe życie” naszego małego znajdy.

Tej nocy jednak cały czas nasłuchiwałam, czy nie usłyszę jakiś pisków. Baliśmy się o niego, gdyż nasz ogród chętnie oprócz pałanek odwiedzają również sowy, dla których Lucky byłby idealnym daniem na obiad. Na całe szczęście Przemek widział go kilka dni później, gdy malec przedzierał się pomiędzy gałązkami jałowca na tyłach ogrodu...

Co nas w nich urzeka? Chyba wszystko, ale głównie głośne mlaskanie :)





wtorek, 22 grudnia 2009

Podwodny świat - Sydney Aquarium

Minęły dopiero dwa tygodnie, a ja najchętniej poszłabym tam ponownie. Niezapomniane wrażenia, wspaniałe zwierzęta, niezwykła przygoda! – Sydney Aquarium.

Do tego magicznego miejsca mieliśmy udać się dużo wcześniej, jednak z wielu powodów, ciągle przekładaliśmy naszą wycieczkę. Gdybym wiedziała, ile emocji dostarczy nam ta wyprawa nie zwlekałabym.





Obiecaliśmy sobie, że tym razem nie będziemy zrywać się na dźwięk budzika, jak bywa to zazwyczaj, gdy wcześniej sobie coś zaplanujemy. Rano przywitało nas słoneczko (co zresztą jest tu prawie regułą :) ) i taki miał być cały dzień. W dobrych nastrojach po sytym śniadanku, udaliśmy się w kierunku stacji, aby złapać pociąg do City, a konkretnie Wynyard. Stamtąd już wystarczyło przespacerować się około 0,6 km do celu. W sobotnie popołudnie stanowiło to tylko czystą przyjemnością, tym bardziej, że Sydney Aquarium znajduje się przy porcie Darling Harbour, gdzie nawet w upalne dni można liczyć na morską bryzę. Nad wodą spacerowało wielu ludzi, poniekąd dlatego, że jest to miejsce ciekawe turystycznie, a ponadto było to jak już wspomniałam sobotnie popołudnie. Musieliśmy się, więc nieco nagimnastykować, aby omijać rozkoszujących się widokami obcokrajowców i tubylców. Oczywiście stało przed nami „nie lada wyzwanie”, gdyż trzeba było znaleźć jeszcze wejście do poszukiwanego przez nas obiektu. Możecie być jednak spokojni, na miejscu znajdują się drogowskazy, jeżeli więc wybieracie się do oceanarium nie powinniście zabłądzić.

Na miejscu trochę przeraziła mnie długość kolejki po bilety, jednakże przy prawie wszystkich otwartych kasach, wszystko sprawnie posuwało się do przodu. Po otrzymaniu biletu wystarczyło już tylko przyłożyć go do czytnika, by otworzyła nam się bramka, kierująca nas wprost do paszczy rekina. Na początku przywitani zostaliśmy przez młodych ludzi z obsługi, gorąco zachęcających do zrobienia sobie zdjęcia, by zaraz potem rozkoszować się widokami niesamowitych stworzeń wodnych, również tych bardzo rzadkich i występujących jedynie w Australii jak choćby dziobak.



Samo oceanarium jest dość duże, na początku spaceruje się długim korytarzem, w którym zachwycać się można mniejszymi zwierzętami wodnymi, wyjątek stanowi krokodyl niewzruszony na widok zwiedzających. Po drodze znajduje się kilka odnóg prowadzących pod wodę, gdzie czeka nas przechadzka między innymi pomiędzy: diugoniami, rekinami, żółwiami, płaszczkami i całą masą niezliczonych ryb. Oczywiście pomieszczeń tych jest kilka, a zwierzęta dobrane zostały tak by nie stanowiły dla siebie wzajemnie zagrożenia. Pod wodą wyraźnie odczuwalna jest zmiana ciśnienia i może niektórzy poczują delikatny ból głowy. Jednakże w wyniku wrażeń, które Was ogarną, podczas, gdy na przykład nad Waszymi głowami będzie przepływał diugoń, ten drobny dyskomfort jest praktycznie niezauważalny i bez znaczenia.


W oceanarium będziecie mogli także dotknąć niektóre korale z Rafy Koralowej oraz poczuć się przez chwilę nieomalże jak nurek, gdy spacerować przyjdzie Wam korytarzem, w którym nad Wami będzie woda, po bokach woda i pod Wami również woda.

Masa niezwykłych okazów zwierząt i możliwość zobaczenia ich w zbliżonym do naturalnego środowisku na pewno zapisze Wam się głęboko w pamięci, podobnie jak mi i Przemkowi.

Sydney Aquarium wpisuję na listę miejsc, do których będziemy musieli ponownie powrócić. Na temat tego magicznego miejsca rozmawiałam z kilkoma Australijczykami, którzy również tam byli i są tego samego zdania co my. Warto tam pójść, warto to przeżyć! Będąc w Sydney nie pozwólcie, by ta atrakcja Was ominęła.