Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aborygeni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aborygeni. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 marca 2011

A teraz na wschód

Kolejny dzień zaczął się, na całe szczęście, nieco inaczej niż poprzednie. Był czas żeby się wyspać :), nie musieliśmy się spieszyć. Dzień wcześniej wydłużyliśmy nasz pobyt o 30 minut i wymeldować mieliśmy się dopiero o 10.30. Pozwoliliśmy sobie, więc spać aż do 8.30! :)

Nasz pokój w Alice Springs Nasz pokój w Alice Springs

Toddy's Backpackers Resort Alice Springs Toddy's Backpackers Resort Alice Springs

W portierni spotkaliśmy naszego znajomego Jasia Fasolę. On bowiem też zatrzymał się w Toddy’s Resort Backpackers. Jak to Jaś Fasola, Mark ciągle coś gubił i zdaje się, że wielokrotnie wracał do swojego pokoju, bo czegoś zapomniał. Pani w portierni nie mogła powstrzymać się od śmiechu, gdy Mark zniknął jej z pola widzenia. My doskonale wiedzieliśmy dlaczego, przecież spędziliśmy z nim ostatnie trzy dni. Żeby nie tracić czasu zostawiliśmy nasze bagaże w przechowalni i z niewielką mapą miasta, którą otrzymaliśmy w hostelu, ruszyliśmy na podbój Alice Springs.

Alice SpringsAlice Springs jest drugim, co do wielkości miastem w Terytorium Północnym (Northern Territory), liczy sobie około 28.000, co stanowi 12% populacji całego stanu. Położone jest ono mniej więcej w połowie drogi z Adelaide do Darwin.

W trakcie, gdy zmierzaliśmy do niedalekiego centrum, bardzo miło zaskoczyli nas jego mieszkańcy, witając się z nami, gdy nas mijali. Naprawdę się tego nie spodziewałam, czytałam bowiem w niejednym blogu, że czarnoskórzy mieszkańcy tego miasta, głównie piją, a tu proszę! Nic tylko uśmiech na twarzy i miłe „Good Morning” na dobry początek dnia :)

Pierwszym odwiedzonym miejscem w Alice Springs był The Gathering Garden, czyli ogród zgromadzeń. Ogród zgromadzeń jest instalacją wkomponowaną w park, która została stworzona, aby oddać hołd przeszłym i obecnym mieszkańcom. W szczególności ma ona upamiętnić wysiłek afgańskich i hinduskich wielbłądników, którzy obsługiwali szlak komunikacyjny przez pustynię. Projekt ten oddaje również cześć ludziom Arrernte, na których to ziemiach powstało Alice Springs.

The Gathering Garden
Wytrzepywanie piaskuZ parku, z centrum Alice Springs skierowaliśmy swe kroki w stronę rzeki Todd River. Przypadły nam do gustu jej rwące strumienie, a dodatkowo pogoda nam sprzyjała, więc postanowiliśmy trochę popływać w jej głębokim korycie. Oczywiście po wszystkim nie obyło się bez wytrzepywania piachu z butów, ale zabawa i tak była przednia! Piach należało wytrzepać ponieważ Todd River jest tak zwaną efemeryczną rzeką, czyli krótkotrwałą, ulotną (nazwa efemeryczny wywodzi się z języka greckiego ephemeros, czyli trwający tylko jeden dzień). Jej koryto jest w większości czasu suche i tylko w okresie mokrym, przy znacznych deszczach jej brzegi wypełniają się wodą. Zarówno dla mnie jak i dla Przemka była to pierwsza tego typu rzeka, którą przyszło nam podziwiać i oczywiście przepłynąć ;)

Pływamy w rzece Todd River
Lions WalkCzas mijał, a brzuchy powoli dawały o sobie znać, trzeba było szybko znaleźć jakąś jadłodajnię. Na szczęście w Alice Springs jest i Coles, i Woolworths oraz wszelkiego rodzaju restauracje. Gdy tylko napełniliśmy brzuszki i uzupełniliśmy zapasy wody, uznaliśmy, że warto by było rzucić okiem na miasto z góry. Mieliśmy jeszcze trochę czasu do naszego kolejnego lotu, w związku z czym wybraliśmy się na punkt widokowy Anzac Hill (w języku Aborygenów Untyeyetwelye), na który prowadziły różne szlaki. My wybraliśmy Lions Walk liczący około 240 stopni (liczbę stopni ustaliliśmy licząc je osobno, a następnie wzięliśmy ich średnią), czyli nie aż tak wiele :) Nazwa Lions Walk związana jest z klubem Lions Club z Alice Springs, którego członkowie pracowali nad tą trasą, a było to w latach 1970-71.

Anzac Hill
Z góry mogliśmy podziwiać panoramę miasta oraz dowiedzieć się nieco na temat samego Alice Springs, jak choćby kwestii związanych z pogodą. Latem temperatura waha się tu w okolicy 45˚C. Najwyższa zanotowana temperatura wynosiła 45,2˚C, a było to w 1960 roku, natomiast najniższa to 7,5˚C odnotowana w 1976. O dziwo pojawił się tu również śnieg w 1977 roku na górze Mount Gillen. Anzac Hill stanowi także święte miejsce dla Aborygenów.

Panorama Alice Springs Panorama Alice Springs Anzac Hill

W końcu zegarek poinformował nas, że czas wracać po bagaże. Samolot na nas nie zaczeka… Weszliśmy jeszcze do kilku sklepików na deptaku Todd Mall, a stamtąd już prosto Todd Street i Gap Road do Toddy’s po bagaże, a stamtąd miał nas już odebrać dzień wcześniej zamówiony „shuttle bus”.

Alice Springs Alice Springs Alice Springs

Lotnisko w Alice SpringsNa lotnisku przyszło nam czekać dość długo na nasz samolot. Z niewiadomych dla nas przyczyn był on spóźniony około godzinę. Czas ten jednak nie poszedł na marne: ja starałam się spisywać nasze wrażenia, Przemek bawił się w sudoku, a w między czasie przypominaliśmy sobie język Mickiewicza w wykonaniu innym niż naszym. To ostatnie zawdzięczamy towarzyszącej nam przed bramką znacznej grupie polskich turystów, którzy również wybierali się tam gdzie i my.

W Cairns wylądowaliśmy około 21.00 bardzo wymęczeni czekaniem i samym lotem. Niestety przyszło nam jeszcze czekać 20 minut na kolejny tego dnia „shuttle bus”, którym dotarliśmy do naszego nowego miejsca zameldowania Calypso Inn Backpackers Resort. Była już blisko 22.00 i z wielkim wysiłkiem utrzymywaliśmy uśmiechy na twarzach, gdy rozmawiał z nami pracownik Calypso o swojsko brzmiącym nazwisku Gołąbek. Dziadkowie Axela Gołąbka wyemigrowali do Australii i w związku z tym z języka polskiego pozostała mu znajomość tylko wybiórczych słów, ale i tak miło było usłyszeć je w jego wykonaniu.

Nasz samolot
Po niezbędnych formalnościach, w końcu zostaliśmy zaprowadzeni do naszego pokoju numer 44, w którym nie pozostało nam nic innego, jak szybko iść spać... ale oczywiście nie mogliśmy zapomnieć o przygotowaniu się do kolejnego intensywnego dnia. Dla pewności, w recepcji ustaliliśmy też godzinę jaka jest w Cairns, gdyż jak do tej pory wszędzie gdzie się wybieraliśmy zmieniała się strefa czasowa...

czwartek, 3 marca 2011

Koale pigmeje i rogate diabły

Kolejna wczesna pobudka. Kolejne niedospanie. W nocy zerwał się wiatr, który targał namiotami. Sam powiew nie był silny, narobił jednak sporo hałasu. Do tego dziewczyny, które wybrały się w nocy do łazienki okropnie krzyczały, zlękły się jakiś niezidentyfikowanych dźwięków :) Udało mi się jeszcze na trochę zasnąć, ale budzik o 4.30 był nieugięty i czas było wstawać. Poranek był bardzo podobny do poprzedniego, śniadanie, pakowanie i w drogę. Greg chciał dotrzeć do Kings Canyon jak najszybciej, zanim jeszcze słońce zacznie mocno grzać. Miałam nadzieję, że czym dojedziemy na miejsce uda się jeszcze wykorzystać może godzinkę albo choć pół godzinki na drzemkę. Nic z tego, kanion znajdował się jakieś 10-15 minut od naszego obozowiska :(

  

Kings Canyon jest częścią Parku Narodowego Watarrka a wysokość jego ścian przekracza 300m. Niektóre z wąwozów są święte dla Aborygenów dlatego spacerować można tylko po wytyczonych szlakach. Ścieżki dla turystów są dwie, krótka 2 km (wliczając drogę powrotną), zakończona punktem widokowym i nieco dłuższa 6 km prowadząca wkoło. Wysokie ściany kanionu wywarły na mnie niesamowite wrażenie. Dłuższy spacer oraz możliwość pozachwycania się pięknem natury z bliska – po prostu marzenie.

Wszyscy ruszyliśmy długim szlakiem, a zaczynał się on stopniami nazywanymi przez tubylców Heartbreak Hill lub Heart Attack Hill. Już na początku trasy Jaś Fasola (czytaj Mark) usiadł na kamieniu i nie mógł złapać oddechu. Na całe szczęście Greg przekonał go, że to nie zawody i jeśli tylko chce może przespacerować się krótkim szlakiem i zaczekać na nasz powrót w cieniu na ławce. Mark otrzymał klucz do samochodu i wrócił skąd przyszliśmy, a nasza szesnastka wznowiła przerwaną wspinaczkę.

  

Na pierwszym przystanku dowiedzieliśmy się, że w miejscu, w którym staliśmy spotyka się roślinność z trzech różnych kierunków: północnego obszaru MacDonnell, z południowo-zachodniego równinnego piasku wokół jeziora Amadeus, oraz południowych niewielkich wzgórz pustyni Simpson. Greg zwracał nam uwagę na trawy porastające te tereny. Niektóre z nich są ostre i w związku z tym zwierzęta ich nie ruszają. Stanowią one jednak ochronę dla mniejszych stworzeń takich jak jaszczurki, gryzonie, czy węże. Oprócz tego w Kings Canyon można zaobserwować pozostałości po bardzo odległych czasach, gdy jeszcze było tutaj morze. Widzieliśmy między innymi ślady małego kraba, czy też muszelki, ale również zastygnięte ślady fal na piasku. Oczywiście Kings Canyon to nie tylko trawy i skamienieliny, to również większe drzewa, na przykład eukaliptusy, charakteryzujące się bardzo białą korą, a raczej jej brakiem. Aborygeni wykorzystywali pozyskaną z tych drzew białą maź jako krem przeciwsłoneczny, jak również także substancję do malowania. Na tych to właśnie eukaliptusach żyją wyjątkowe, środkowo-australijskie koale pigmeje! Jednego nawet udało nam się zobaczyć ;)

  

Dalsza droga prowadziła już prosto do Garden of Eden. Wcześniej jednak zrobiliśmy sobie przerwę na batonika w miejscu, gdzie widać było elipsoidalne ślady po fali uderzeniowej wytworzonej w wyniku gwałtownego pęknięcia skały tworzącej Kings Canyon. Pomyśleć, że to wszystko zaczęło się od takiego pęknięcia.


Garden of Eden to czarujące miejsce w środku kanionu. Stały wodopój otoczony bujną roślinnością, tu bowiem spływa woda z opadów. Co jest niesamowite to miejsce jest ostoją dla pozostałości lasu deszczowego, który wycofał się do niego w wyniku zmian klimatycznych. Ostoję znajdują w nim również drobne zwierzęta. Gdy podeszliśmy do jeziorka, mieliśmy okazję dobrze przyjrzeć się Aborygenkowi lancetoczubnemu, czyli Spinifex Pigeon. Niewielki gołąbek australijski spokojnie spacerował sobie wśród ludzi zadowalając się większymi i mniejszymi okruszkami po chlebkach, ciasteczkach, itp... Garden of Eden pozwolił nam odpocząć w cieniu ścian kanionu, dzięki czemu zwarci i gotowi, pełni energii ruszyliśmy na dalszą część spaceru. Gdy pokonaliśmy drewniane schody, prowadzące na górę jednej ze ścian naszym oczom ukazało się Lost City.


Lost City to duży labirynt utworzony przez wyrastające z ziemi skały. Powstały one w wyniku takiej samej erozji jaka działa w Blue Mountains, a dokładniej pionowych niewielkich pęknięć w piaskowcu stopniowo wymywanych i wywiewanych. Tutaj szczęściarze mogą spotkać nieco większe zwierzęta, na przykład kangura górskiego, zwanego Euro, jak również innego kangura skalnego Black-flanked Rock-wallaby. My wprawdzie nie natrafiliśmy na żadnego z wymienionych za to na naszej drodze pojawiła się niewielka jaszczureczka :)


  

W drodze powrotnej do autobusu, Greg zapytał nas jeszcze, dlaczego zdecydowaliśmy się przyjechać do Red Center, odpowiedzi padały różne: aby oderwać się od komputera, dla przygody itp.. Greg chciał nam tylko uświadomić, to co my z Przemkiem wiemy, czyli że to co najpiękniejsze stworzyła natura na przełomie wielu milionów lat, a my to w tym momencie widzieliśmy przed sobą. Podziękowaliśmy mu oklaskami za to, że był naszym przewodnikiem przez ostatnie trzy dni i ruszyliśmy w stronę autobusu.

Na parkingu okazało się, że Jaś Fasola zaginął. Nikt nie mógł go znaleźć. Przecież jego szlak był tylko 2 km, a nasz 6 km. Miałam tylko skrycie nadzieję, że nie przyszła mu szalona myśl do głowy, by jednak podążyć za nami. Na całe szczęście w końcu Greg go znalazł i wszyscy mogliśmy ruszyć w dalszą drogę do Alice Springs. Najpierw jednak wróciliśmy do resortu, w którym ostatniej nocy mieliśmy obozowisko i tam przygotowaliśmy lunch. Przemkowi ponownie trafiło się grillowanie i muszę przyznać, że świetnie mu to wychodzi :) A na lunch dziś wrapy z wołowinką lub kurczakiem, jak kto woli.

Objedliśmy się tak, że w autobusie od razu nam się przysnęło, przebudziliśmy się, gdy Greg zatrzymał się w trasie i zaprosił panów na lewo, a panie na prawo, w krzaki, jako toaletę. My nie skorzystaliśmy, wiedziałam, że będzie za jakiś czas normalna toaleta. Tylko nieuważni dali się nabrać, że to jedyny postój na naszej trasie do Alice Springs. My wykorzystaliśmy ten czas na sesję zdjęciową, kolejna jaszczurka, a także ciężarówki jakie suną z południa na północ i z północy na południe, ciągnące cztery przyczepy, Australijczycy nazywają je roadtrains, czyli pociągami drogowymi .

  

Zanim dotarliśmy do Alice Springs, Greg kilka razy zatrzymywał się na poboczu, gdyż przez większą część naszej wycieczki obiecywał, że pokaże nam ciekawą jaszczurkę. W końcu stanął przy autobusie z uśmiechem na twarzy, chowając coś w rękach i czekając, aż wszyscy wyjdziemy i zgromadzimy się wokół niego. No i udało mu się!!! Na rękach miał małą jaszczurkę zwaną Moloch Straszliwy lub po angielsku Thorny Devil. Pokryta jest ona pionowymi łuskami. Woda spadająca na jaszczurkę odprowadzana jest do jej pyska za pomocą kanalików pomiędzy kolcami. Greg nawet dał się maleństwu napić :)


Spotkanie z Molochem Straszliwym, było już ostatnią naszą przygodą w Czerwonym Środku, który ku naszemu zaskoczeniu był bardzo zielony. Teraz pozostało nam przesiedzieć trzy godziny w autobusie prosto do Alice Springs.

Na całe szczęście nasz hostel Toddy’s Backpackers był super. W pokoju mieliśmy zlew, półki, telewizor, czekała na nas herbata i kawa, a przy pokoju mieliśmy łazienkę. Przyjemnie jest wiedzieć, że po dwóch nieprzespanych nocach w końcu zapowiada się cisza i spokój. Trzeba tylko zrobić szybkie pranie, wskoczyć pod prysznic i już można oddać się błogiemu snu. Przecież to dopiero początek naszej przygody…

środa, 2 marca 2011

Uluru i tostowana mysz

O rety, nie dość, że wczoraj wieczorem wiele osób zachowywało się głośno, to dodatkowo słychać było jak co poniektórzy chrapią. Do tego wszystkiego przyszło nam dziś wstać o 4.00! Zapowiadał się, więc ciężki dzień. Półgodziny później gotowe było śniadanie, a chwilę wcześniej Greg głośno krzyczał coś o tym, że czeka na nas przygoda, czy się obudziliśmy i może coś jeszcze. Zdaje się, że i tak nikt go nie słuchał, a wszyscy od dawna byliśmy na nogach.

Na śniadanko zaserwowaliśmy sobie chlebek z Nutellą oraz po jednej skibce na wynos, tak na wszelki wypadek, w końcu od śniadania o 4.30 do lunchu o około 13.00 można trochę zgłodnieć ;)


Nasz pierwszy przystanek dzisiejszego dnia, punkt widokowy na Uluru, oczywiście o wschodzie słońca. Gdy dotarliśmy na miejsce było jeszcze ciemno, a trasę do naszego celu wytyczały nam czerwone lampki. Trzeba było dotrzeć na, usytuowaną niezbyt wysoko, ale jednak na wzniesieniu, platformę, na której świeciły się zielone lampki. Byliśmy pierwszą wycieczką, która dotarła na miejsce, a to pozwoliło zająć nam tradycyjnym zwyczajem, strategiczne miejsce. Jeszcze tylko parę minut i jest! Wschód słońca! Nic nie szkodzi, że od wczoraj niebo zasłane było chmurkami :) Tuż przed samym wschodem jednak zaczęło się klarować i właściwie zachwycało nie tyle samo Uluru i Kata Tjuta, co po prostu prześliczne niebo. Podczas, gdy Przemek robił artystyczne zdjęcia, ja miałam możliwość porozmawiania z miłą panią z Polski.

 

 

Niektórzy usatysfakcjonowani a niektórzy nie, pojechaliśmy pod samo Uluru. W drodze Greg opowiadał nam trochę o Aborygenach, w większości rzeczy, o których wiedzieliśmy od Damo, ale podał także kilka ciekawostek. Na przykład układ trawienny Aborygenów wytwarza dużo mniejsze ilości enzymu trawiącego alkohol, w związku z czym dość szybko się upijają (podobno jedno piwo wystarczy) a przez to łatwiej popadają w alkoholizm. Dowiedzieliśmy się też, że w pobliżu Uluru znajduje się aborygeńskie miasteczko o nazwie Mutitjulu, takiej samej jak jeziorko, które widzieliśmy wczoraj przy Uluru.


Nareszcie dotarliśmy do Uluru, co w języku plemienia Anangu oznaczającego miejsce zgromadzeń. Znaleźliśmy się pod jedną z najbardziej rozpoznawalnych naturalnych ikon Australii, inserbergu czyli samotnej góry, znanej również pod nazwą Ayers Rock. Ma ono wielkie znaczenie dla Aborygenów, jest to obszar święty, ponieważ według legendy aborygeńskiej to właśnie tu miał miejsce akt stworzenia (Dreamtime – czas snu, mitologia aborygenów, gdzie rzeczywistość staje się snem).

Uluru ma 348 metrów wysokości, a jej obwód wynosi przeszło 9 km (9,4 km). To co widoczne dla oka stanowi tylko niewielki ułamek całości, znaczna część tego monolitu znajduje się pod ziemią. Greg powiedział nam, że sięga ono 6km w głąb! Ayers Rock składa się ze skalenia, kwarcu oraz skał. Przez Europejczyków po raz pierwszy odkryta została w 1872 roku przez Ernesta Gilesa, który to nazwał ją the remarkable pebble, czyli niezwykły kamyk, ale to William Gosse nadał jej nazwę Ayers Rock na cześć Sir Henry'ego Ayersa. Dopiero 26 października 1985 roku australijski rząd zwrócił Uluru społeczności aborygeńskiej pod warunkiem, że plemię Anangu wydzierżawi je Parkowi Narodowemu i agencji Wildlife na kolejne 99 lat oraz będzie ono wspólnie zarządzane.

  

W Uluru znajduje się wiele źródełek, oczek wodnych, jaskiń, jak i aborygeńskie malowidła ścienne sprzed tysięcy lat, które mieliśmy okazję częściowo oglądać już wczoraj. W zależności od pory dnia skała ta mieni się różnymi kolorami. Uluru uważane jest za jeden z wielkich cudów świata i znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Część osób chyba liczyła na możliwość wspięcia się na ten niesamowity głaz, jednakże dziś z powodu prawdopodobnych deszczy, szlak był zamknięty dla turystów. To akurat nie zasmuciło ani mnie, ani Przemka ponieważ i tak chcieliśmy zastosować się do zasady plemion Tjukurpa i Anangu: ”Nganana Tatintja Wiya.”, co oznacza ”We never climb.”, a to oznacza: ”Nigdy się nie wspinamy.”. W związku z tym mieliśmy dwie możliwości: można było zdecydować się na spacer dookoła Ayers Rock lub dla nieco mniej wytrwałych, połowa tego spaceru. Cała nasza grupa wybrała się na długi przeszło 9 km spacer.


Gdziekolwiek na szlaku nie byliśmy, wszędzie widoki były oszałamiające. Gdy przechodziliśmy koło miejsca, gdzie wczoraj podziwialiśmy wodospad, dziś już nie było po nim śladu. Niektórych miejsc nie można było fotografować z uwagi na to, że stanowiły one sekretne miejsca zgromadzeń mężczyzn lub kobiet plemion aborygeńskich.

Dla nas nie było zaskoczeniem, że kiedy obeszliśmy Uluru dookoła, szlak wspinaczkowy nadal był zamknięty. Tym razem z uwagi na silne wiatry :) Zanim tu przyjechaliśmy dużo czytaliśmy na temat wspinaczek na tę świętą skałę i dlatego od początku nie zamierzaliśmy tego robić. Przede wszystkim, gdyż tak sobie życzą Aborygeni, których jest własnością. Po drugie wiedzieliśmy, że od wielu lat jest to nieomalże niemożliwe z uwagi na co najmniej 35 nieszczęsnych turystów, którzy przypłacili wspinaczkę życiem. W związku z tym razem z Przemkiem zakładaliśmy się z jakiego powodu wejście będzie zamknięte. Przemek przegrał ze swoją wysoką temperaturą :)

  

Po spacerze Greg zabrał nas do pobliskiego centrum kultury aborygeńskiej, gdzie można było kupić pamiątki lub wypić coś ciepłego. My zamiast tego podziwialiśmy galerie, a potem poszliśmy poczytać ciekawostki dotyczące różnych plemion, ale długo w tym miejscu nie pozostaliśmy. Byliśmy bowiem umówieni na spotkanie z Alwynem Dawsonem z plemienia Anangu. Zapowiadało się ciekawie.

Już na samym początku na naszej drodze pojawiła się goanna, czyli waran. Alwyn bardzo pilnował, aby nikt z nas za bardzo do niej się nie zbliżył. Gadziny te bywają bowiem bardzo niebezpieczne. Podobno potrafią zapamiętać potencjalnego napastnika i gonić go do skutku. Alwyn opowiadał nam o swoim koledze, który uciekając przed waranem rozbierał się, aby zmylić niedoszłą ofiarę :D Ze wszystkich uczestników naszej wycieczki Alwyn musiał szczególnie uważać na Marka, czyli jak zwykliśmy go z Przemkiem nazywać Jasia Fasolę, który to nie bacząc na przestrogi i niebezpieczeństwo podszedł do warana najbliżej z nas.

Na szlak ruszyliśmy dopiero, gdy Alwyn na to zezwolił. Mówił on głównie w swoim języku, a wszystko tłumaczyła dla nas bardzo sympatyczna Japonka. Opowiadali nam oni o niektórych aborygeńskich ceremoniach oraz zwyczajach np. jak chłopcy uczyli się od mężczyzn, lub o niektórych legendach, a także o polowaniach. Dowiedzieliśmy się między innymi, z czego wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że gdy grupa zwierząt podchodziła do wodopoju myśliwi zabijali tylko jedno z nich.

Polowanie przebiegało następująco: Niedoświadczeni, młodzi myśliwi stali na czatach i formą języka migowego informowali pozostałą grupę, jaka zwierzyna idzie i z ilu osobników się składa. Pozostali, doświadczeni łowcy czekali cierpliwie, aż zwierzęta podejdą do wodopoju i napiją się z niego wody z halucynogennym wyciągiem z sobie tylko znanych ziół. Najstarszy wojownik zabijał ostatniego osobnika w grupie, tak że lekko zamroczone zwierzęta nawet nie orientowały się, że jednego z nich brakuje. Gdyby bowiem myśliwi zabili pierwsze zwierzę, albo całą grupę, w pierwszym przypadku reszta by uciekła i nigdy już nie powróciła tu, w drugim wypadku, jedzenia byłoby co prawda dużo na jeden raz, ale w mniej urodzajnym okresie mogłoby go zabraknąć.


Dzięki Alwynowi mieliśmy możliwość skosztowania Plum Bush, czyli śliwek - owoców Santalum lanceolatum z rodziny sandałowatych . Podobno jeden owoc tej rośliny ma więcej witaminy C niż jedna pomarańcza. Oczywiście wszyscy delektowaliśmy się tym przysmakiem :) Smak miał ciekawy, ale nie był oszałamiający, a pestka była twarda jak kamień.

  


Zaraz po spotkaniu z Awynem, ruszyliśmy w kierunku naszego nowego kempingu, na lunch i przygotowanie się do przeprowadzki do nowego obozowiska. Tymczasem Alwyn, udał się łapać warana, aby nie zagrażał turystom na szlaku. Mam nadzieję, że on i jego towarzyszka wyszli z tego spotkania bez szwanku :) Przemek uważa, że nie dosyć tego mieli lepszy lunch od naszego ;)

My po drodze mieliśmy możliwość podziwiania Mount Conner wznoszącej się 859 m.n.p.m. oraz mierzącej zaledwie 300 metrów wysokości. Znajduje się ona niedaleko słonego jeziora Amadeusa, którego wprawdzie nie widzieliśmy, za to zachwycaliśmy się innym słonym jeziorem bliżej autostrady.

Wszyscy po porannej pobudce byliśmy bardzo wyczerpani i większość z nas spała w autobusie. Budziliśmy się wówczas, gdy Greg zatrzymywał się, tak jak w przypadku Mount Conner, czy też gdy mieliśmy znaleźć witchetty grub.

Witchetty grub to białe larwy ciem żyjące w korzeniach krzaków Witchetty Bush. Greg nauczył nas, jak je znajdować, po czym wytypował kilku wolontariuszy, by kopali w ziemi tuż przy łodydze w celu znalezienia choćby jednego. Clyde z kolei miał być tym wybrańcem, który dla nas wszystkich będzie delektował się tym przysmakiem. Czekaliśmy zniecierpliwieni na pozytywny rezultat poszukiwań, niestety jedyne, co udało się Gregowi dla nas znaleźć to korzeń, w którym larwa kiedyś żyła, ale już dawno się wyprowadziła. Poniżej załączam zdjęcie, jak witchetty grub powinny wyglądać. To niesamowite, że ten chłopiec ma ich tak wiele, a my pomimo tego iż było nas siedemnaścioro nie znaleźliśmy nawet jednej sztuki. Przemek w centrum, w którym byliśmy dzisiaj, wyczytał, że Aborygenki zawsze znajdują larwy ciem, a to dlatego, że nie odpuszczają i kopią do skutku, a myśmy skakaliśmy z korzenia na korzeń. Przy okazji jednak dowiedzieliśmy się również, że Aborygeni wyrabiali bumerangi z korzeni, które były już odpowiednio uformowane przez naturę. Wystarczyło je, więc nieco wypolerować i można było iść na polowanie :) No cóż nieco zawiedzeni (Clyde nie ;) ), ruszyliśmy w dalszą drogę.

źródło

Gdy w końcu dotarliśmy do naszego nowego obozowiska w pobliżu kanionu Kings Canyon. Dzisiejszej nocy mieliśmy w planach spanie pod gołym niebem wokół ogniska, każde w swoim swagu. Nie byłoby to złe doświadczenie, gdyby nie deszcz, który właśnie postanowił zmoczyć okolicę. Zamiast tego rzuciliśmy się do namiotów, ale okazało się, że nie ma wystarczającej ich ilości. Na całe szczęście Greg wynegocjował u przewodnika innej wycieczki kilka dodatkowych dla naszej grupy i dzięki temu nikt nie musiał spać na dworze.


Po zakwaterowaniu się, wszyscy udaliśmy się na kolację. Dziś ryż i warzywa z kurczakiem. Najpierw trzeba ją było przygotować. Żaden problem! Tym razem jednak, w naszej kuchni polowej biegało pełno przeuroczych myszek. Jedna z tych ślicznotek zajrzała nawet do naszego tostera :) Wcześniej też Greg nastraszył nas, że jak są myszy to i wygłodniałe węże się znajdą. Prawie mu uwierzyłam, ale na szczęście na węże było za zimno.


Podczas, gdy część osób zajęła się posiłkiem, pozostali przygotowywali ciasto czekoladowe na gorących węgłach. Jeszcze przed obiadem zgromadziliśmy się wokół, dopiero co rozpalonego, ogniska (naszego pierwszego od ponad dwóch lat!) i słuchaliśmy nauk Grega, na temat gry na didgeridoo. Ileż było później śmiechu, gdy każdy z nas miał spróbować swych sił. Przynajmniej na tych naukach czas nam szybciej zleciał i głodni wytrwaliśmy do kolacji, po której już czekało na nas ciasto. Ja spasowałam, byłam już wystarczająco najedzona, Przemek natomiast skusił się na niewielki kawałek.

Chyba wszyscy liczyliśmy, na to że jutro pośpimy chociaż do 7.00. Niestety, zanim rozeszliśmy się do namiotów Greg poinformował nas, że jutro śniadanie będzie o godzinie 5.00! No cóż może tej nocy sen będzie spokojniejszy…