sobota, 10 kwietnia 2010

Telefonia komórkowa w Australii - pre-paid

Przebywając dłużej poza Polską większość z nas decyduje się na numer w sieci kraju, w którym mieszkamy. My również postanowiliśmy tak zrobić (oczywiście rok temu) głównie z tego powodu, że jest to najtańsze rozwiązanie. Zanim jednak ustaliliśmy, której sieci klientami zostaniemy, Przemek starał się jak najlepiej rozeznać w dostępnych ofertach. Ku naszemu zaskoczeniu (jak zwykle w Australii) nie okazało się to wcale takie proste.

Naszym celem były telefony na karty pre-paid, z darmowymi rozmowami pomiędzy nami a na dodatek niedrogimi połączeniami z Polską. Pierwszym zaskoczeniem okazał się brak naliczania sekundowego – w zeszłym roku najkrótszym odcinkiem czasu było 30 sekund! Do tego czasu nic się w tej kwestii nie zmieniło i raczej nie mamy co liczyć na poprawę.
Dodatkowo nawiązanie połączenia wiąże się z jednorazową opłatą manipulacyjną tzw. flagfall – tego też nie ma w Polsce.

Ostatecznie po przebrnięciu przez gąszcz cenników i super ofert, wybraliśmy sieć Vodafone.

Czego można oczekiwać od pakietu FlexiCap w Vodafone?

Co 30 dni kupujemy doładowanie za $29,00 (recharge voucher for $29,00). Pakiet ten zawiera $150,00 Flexible Credit (czyli połączeń do dowolnych sieci i połączeń międzynarodowych) oraz $150,00 Vodafone to Vodafone Credit (czyli połączenia w sieci, co w przybliżeniu daje około 1,5 h). Tak nie pomyliłam się $29 = 2 * $150, jest to dziwne, ale to jest Australia! Z pewnością jeszcze o tym napiszę w kolejnym poście, ale na Australijczyków taki marketing działa ;)

W FlexiCap za nawiązanie połączenia pobierana jest flagfall, a naliczanie jest minutowe. Opłaty to $0,89 plus $0,39 oraz $0,28, z czego $0,39 to flagfall, $0,89 opłata za minutę rozmowy, a $0,28 wiadomość tekstowa.

Drugą siecią, którą teraz bralibyśmy pod uwagę jest 3, ponieważ już od wielu znajomych słyszałam o niej pozytywne opinie. Zainteresowanych odsyłam do strony:
http://www.three.com.au/pricing?mod=MobilePlans&planType=Prepaid Caps&planName=$29
Oczywiście prócz wspomnianych dwóch operatorów są jeszcze między innymi: Telstra, Optus, Virgin i parę innych, ale ich oferta nie była lepsza od Vodafone rok temu.

Uwaga, kolejną niespodzianką jest, że podczas nabywania numerów telefonu musieliśmy podpisać umowę na pre-paid. W tym celu trzeba było okazać sprzedawcy dokument tożsamości ze zdjęciem, w naszym przypadku był to paszport oraz podać aktualny adres zamieszkania w Australii. Tak na marginesie: czasami może się wam zdarzyć, że wymagany będzie od was dokument potwierdzający podany adres zamieszkania. W Australii takim dokumentem oprócz umowy wynajmu równie dobrze może być aktualny rachunek, na którym jest wasze imię i nazwisko oraz adres, ale również zaadresowana do was koperta z podstemplowanym znaczkiem – to też jest potwierdzony przez urzędnika dokument!

Wracając jednak do tematu telefonów, podczas, gdy nabywaliśmy nowe numery telefonów zostaliśmy wprowadzeni w błąd. Poinformowano nas mianowicie, że nie wykorzystany kredyt przechodzi na kolejny miesiąc. Niestety tak nie jest. Nie tracimy jedynie Vodafone to Vodafone Credit, natomiast niewykorzystany Flexible Credit przepada po upływie 30 dni. Dlatego obecnie nie mamy zahamowań i chętnie dzwonimy do rodziny w Polsce, a jak zdążyliśmy się przekonać wszyscy uwielbiają rozmawiać z nami całymi godzinami ;)

Na zakończenie mam dobrą radę: proponuję Wam wybrać taką sieć, w której macie najwięcej znajomych :)

P.S.
Kupując doładowanie w sieci sklepów Woolworths otrzymujemy 10% zniżkę, czyli płacimy $29 - $2,90 = $26,10.
Telefonia komórkowa w Australii - pre-paid - SUPLEMENT

środa, 31 marca 2010

Zakupy po roku

Na podobny temat pisałam w czerwcu 2009 roku i właściwie niewiele się w tej dziedzinie zmieniło. Ceny nadal skaczą i ciągle staramy się w tej kwestii pilnować. Niektóre produkty trochę podrożały, ale to akurat nie powinno stanowić dla nikogo zaskoczenia.

To, o czym głównie chciałam wspomnieć, to to, co przydarzyło nam się kilka razy, a dokładnie trzy. Ponieważ będąc w Australii mamy okazję spróbować, jak smakują niektóre egzotyczne owoce, których nie widzieliśmy (co nie znaczy, że nie są dostępne) w Polsce, toteż bez wahania, gdy tylko wypatrzymy jakiś, którego jeszcze nie jedliśmy, wrzucamy go do koszyka. Za pierwszym razem był to dragonfruit, zwany również pitają lub truskawkową gruszką. Będąc przy kasach samoobsługowych, z których korzystamy, nie mogliśmy odnaleźć go w systemie. Poprosiliśmy więc o pomoc pracownicę obsługi. Niestety, ona również nie była w stanie zidentyfikować, co to za owoc i w jakiej jest cenie. Co zaskakujące pracownica Woolworths-a wręczyła nam ów owoc, stwierdzając, że to nie nasza wina, iż produkt nie został wprowadzony do systemu i mamy go sobie wziąć, za darmo! Byliśmy bardzo zdziwieni, gdyż prawdopodobnie w Polsce poinformowano by nas, że niestety nie możemy go kupić. Kolejną taką sytuację mięliśmy jeszcze z ogórkiem kiwano oraz kasztanami jadalnymi.

Jeszcze jedna ciekawa informacja, jeżeli tylko lubicie jedzenie azjatyckie. Po godzinach lunch-u około 16.00, dania w takich jadłodajniach sprzedawane są bardzo tanio. Możecie dostać pożywny obiad już za około $4,00 porcja. Dla mnie jest to czasami świetne rozwiązanie, gdy wracam do domu później niż z reguły i nie mam czasu na gotowanie.

Na koniec kilka najbardziej aktualnych cen:

- mleko sojowe - $1.45- około $3;
- bagietka 500 g - $2.75 (podobnie chleb);
- sześć bułek (w piekarni) - $2,50; natomiast za 1 szt. $0,45
- śmietana 200ml - $2.08;
- brązowy cukier 1 kg - $0.89;
- sól 500 g - $0.79;
- makaron - $0.59;
- ziemniaki (uwaga ceny bardzo często ulegają zmianie, zależne są również od rodzaju ziemniaków) – $2-3 za 1kg;
- herbata lipton 100 szt. - $3.99;
- ryż 1kg - $2.19 (w okresie jesienno zimowym ryż jest tańszy niż ziemniaki, w wiosenno letnim było na odwrót);
- ketchup 500 ml - $2.88;
- jajka 12 szt. - $2.69;
- sery od $3.00;
- piwo Żywiec 500ml -$4,10,
- mąka 1 kg - $0,95,
- kostka rosołowa knorr (w chińskim sklepie) - $1,50,
- płatki owsiane 750g - $0,99
- pomidory – w okresie jesienno zimowym są droższe niż w wiosenno letnim, obecnie około $7,00-$9,00 za 1 kg,
- owoce ulegają częstym zmianą, praktycznie z dnia na dzień,
- proszek do prania 2 kg od $5.48;
- płyn do płukania tkanin 1 l- $6,59;
- szampon head & shoulders 200 ml – około $6,00;
- płyn pod prysznic około $10.00;
- papier toaletowy – od $2.23;
- podpaski - $4.99;
- chusteczki higieniczne 6 opakowań - $2,62,
- chusteczki higieniczne 100 szt. w kartoniku – od $1,06,
- płyn do naczyń 1l - $1,99,
- żel go golenia Nivea 200 ml - $4,69,
- znaczki pocztowe na kartkę do Europy - $1,40,
- bilety na przejazd pociągiem - odsyłam do strony:
http://www.cityrail.info/ -> Tickets -> Fare calculator
lub
http://www.cityrail.info/tickets/fare_calculator

sobota, 27 marca 2010

Tandemem za czarnym łabędziem

Ubawiłam się wczoraj za wszystkie czasy. W tym celu wcale nie musieliśmy wybierać się do żadnego muzeum, ani innej tym podobnej placówki. Jednak po kolei…

Dzień zapowiadał się ciepły, niebo było trochę zachmurzone, ale to akurat o tej porze roku jest jak zbawienie. Po śniadaniu, nie spiesząc się ruszyliśmy w stronę stacji, zahaczając po drodze o piekarnię. Zaprowiantowaliśmy się zarówno na bieżący dzień jak i kupiliśmy bułki z myślą o niedzielnym śniadaniu. W klimatyzowanym pociągu można było ochłonąć od rozgrzanego powietrza, a Przemek dodatkowo wykorzystywał ten czas na poszerzanie swojej wiedzy z algebry (brrr... robi się naprawdę zimno). Tym razem czekała nas około godzinna droga, której celem było Bondi Junction, a stamtąd jeszcze tylko 1,6 km pieszo, czyli około 20 dodatkowych minut, aż dotarliśmy do „Centennial Park Cycles Bicycle Hire Specialists”, czyli jednej z wypożyczalni rowerów w tej dzielnicy. Już wcześniej ustaliliśmy, że wynajmiemy sobie tandem. Jednak ani ja, ani Przemek nie mieliśmy jeszcze nigdy okazji spróbować swoich sił na takim sprzęcie.


Na początku uznaliśmy, że 1-2 godzin w zupełności wystarczą, aby zapoznać się z sąsiadującym z wypożyczalnią parkiem Centennial Park. Zaraz po dokonaniu formalności, otrzymaliśmy rower oraz kaski i w drogę. Oboje stwierdziliśmy, że lepiej będzie jeśli pierwszą próbę przejazdu podejmiemy nie bezpośrednio przed wypożyczalnią (na oczach jej pracowników ;) ), gdyż nie byliśmy przekonani, na ile za pierwszym razem uda nam się opanować ten pojazd :) Jak się później okazało, była to słuszna decyzja :)

Na początku Przemkowi strasznie drżała kierownica i oczyma wyobraźni widziałam, jak oboje wywracamy się z hukiem ;) Po kilku przejechanych metrach zeszliśmy z tandemu i postanowiliśmy, że doprowadzimy go do samego parku, gdzie zamiast wąskiego chodnika jest duża droga rowerowa. Tam Przemek poprawił oba siodełka i podjęliśmy kolejną próbę – nadal przez chwilę trzęsło… Jeszcze tylko chwilka i… Jedziemy!!! :D

Super sprawa! Świetna zabawa! Nawet nie musiałam pedałować :D

Centennial Park jest dość spory, dla rowerów wydzielone są ścieżki, szerokie jak jeden pas drogowy. Mijaliśmy wielu ludzi piknikujących w cieniu drzew, jeżdżących konno, czy też pilnujących swoje pociechy, które bawiły się na placu zabaw. Sami mogliśmy cieszyć się wspaniałą przyrodą oraz dopisującą aurą. W parku znajduje się kilka stawów, stanowiących dogodne siedlisko dla endemicznych ptaków Australii – czarnych łabędzi. Doprawdy są to zachwycające ptaki, a przy tym nie wykazujące agresji w stosunku do człowieka.

Oczywiście nie mogłam się oprzeć pokusie podkarmienia tych pięknych skrzydlatych zwierzaków. Mając jednak w pamięci zwyczaje polskich białych łabędzi, zaczęłam wycofywać się, gdy podczas karmienia nielicznej grupki, pożywną bułką (tą samą przewidzianą na niedzielne śniadanie), jeden spośród nich nieugięcie podążał krok w krok za mną. Dopiero, gdy zauważyłam, że łabędzie biorą jedzenie prosto z ręki innych osób, także zdecydowałam się na to samo.







W parku byliśmy ponad trzy godziny, naprawdę przyjemnie spędzając czas. Jeżeli będziecie mięli ochotę na drobną odmianę, serdecznie polecam.

Konieczne informacje, jak choćby adres, czy aktualne ceny wypożyczalni rowerów, z której usług skorzystaliśmy, znajdziecie na stronie internetowej pod adresem: http://www.cyclehire.com.au/



  

poniedziałek, 1 marca 2010

Lato, lato i po lecie…

Lato, lato i po lecie… Zastanawiam się, czy powinnam się cieszyć, czy drżeć, na myśl o chłodnych rankach i wieczorach, w nieprzystosowanych do niskich temperatur australijskich domkach. Po prostu sama nie wiem, co lepsze: zima, czy lato? Jak już pisałam w jednym z czerwcowych postów w ubiegłym roku, w sezonie zimowym można w Australii naprawdę zmarznąć.

A lato…? Czekałam na nie z utęsknieniem, gdyż czasami miałam dość chowania się pod kocem, ale obecnie, gdy rozpoczęła się kolejna pora roku cieszę się, że będę mogła nieco od niego odetchnąć.

Minione lato było gorące i mokre. Temperatura najczęściej oscylowała w granicach 36-38˚C stopni, jednakże bywały dni, gdy przekraczała 40˚C. Oczywiście podaję temperatury w cieniu, o tych jakie panowały w słońcu wolę nie myśleć :)

Czasami wolałam, więc nie wychodzić z pomieszczenia z włączoną klimatyzacją, a najlepiej w ogóle się nie ruszać. W takie cieplutkie dni niewiele potrzeba było, by koszulka stała się całkiem mokra. Niestety, domowa klimatyzacja nie zawsze dawała sobie radę a wówczas, najlepszym sposobem na złapanie chłodnego oddechu było udanie się wolnym krokiem zacienioną stroną ulicy w kierunku centrum handlowego Westfield. Marna to jest rozrywka, spędzać czas w handlowcu, ale akurat to nie miało dla mnie wielkiego znaczenia – najważniejsza była bardziej wydajna klimatyzacja. Czasami również przyjemnym rozwiązaniem było rozkoszować się zimnym prysznicem, jednakże ten sposób ochłody jest krótkotrwały. Przypuszczam, iż w Australii są osoby, które lubią taką aurę, szczególnie surferzy oraz mieszkańcy wybrzeży, chłodzący się bryzą od oceanu. Zapewne także nic przeciwko takiemu ciepełku nie mają osoby pracujące w dobrze klimatyzowanych pomieszczeniach, ale co z resztą? Niejednokrotnie słyszałam jak Australijczycy narzekali, że danego dnia panują takie nieznośne upały, ale żeby coś z tym zrobili...

Muszę jednak wszystkich poinformować, że to nie było jeszcze takie złe ;) Dla mnie najgorsze były duszne noce. Wielokrotnie nie mogłam spać! Nie wiedziałam jak się ułożyć, by było mi chłodniej. Czasem przytulałam się do zimnej ściany, ale jak można się domyślać, nie wpływa to na komfortowy sen. Na domiar złego takie lato sprzyja podwyższonej aktywności rozmaitych nocnych zwierzaków, a pozostałe zdaje się, że również nie mogły spać!

Nie zawsze jednak w porze letniej w Australii jest tak gorąco. Pogoda potrafi nieraz spłatać nieznośnego figla i zmienić się drastycznie w bardzo krótkim czasie. Zdarzają się mianowicie dni, gdy temperatura utrzymuje się w okolicy 30 stopni a przy wysokiej wilgotności, nawet powyżej 90%, nagle zaczyna brakować powietrza. Wyobraźcie sobie: duchota, niebo zachodzi chmurami, nagle zaczyna się burza i równie nagle temperatura spada o 10 stopni! - ból głowy murowany. Innymi razy (na szczęście) deszcz może padać przez dłuższy czas, nawet kilka dni, i wreszcie można trochę odsapnąć i nacieszyć się letnim chłodem.

Na chwilę obecną naprawdę cieszę się z jesieni, która nastała 1 marca, ale już się obawiam nadchodzącej zimy… Czy będę tęsknić za letnimi upałami? Doprawdy trudno mi na to pytanie odpowiedzieć po takim lecie :D

To, czego przez najbliższe miesiące będzie mi brakowało, to przede wszystkim ślicznych kwiatów plumerii, które można wpiąć sobie we włosy, ciekawego kwiatu Amaryllis nazywanego tu Naked Lady, ponieważ charakteryzuje się on brakiem liści w czasie kwitnienia oraz wielu innych pięknych kwiatów. Na całe szczęście i zimą również można podziwiać fascynujące rośliny, które tylko wtedy obsypują się kwieciem :)


Myślę również, że będę też tęsknić za pyszną mrożoną kawą, która niejednokrotnie pomagała mi się schłodzić :) a wkrótce prawdopodobnie nie będzie ona już potrzebna, przeciwnie lepszym rozwiązaniem będzie gorąca kawa z ekspresu.

wtorek, 16 lutego 2010

Dwie głowy...

Dla tych którzy podobnie jak ja i Przemek polubili pałanki załączam dziś kilka zdjęć wykonanych 11.02.2010. Jak co wieczór poszłam zanieść małe co nieco naszym ulubienicom, lecz tym razem, gdy podawałam Anabel kawałek jabłuszka, spojrzały na mnie dwie głowy :D



środa, 3 lutego 2010

Kilka słów o naszych Dziewczynach :)

Już dawno chcieliśmy się podzielić z Wami wrażeniami, jakie dostarczają nam nasze ulubienice – pałanki.


Pierwszy raz trafiłam na to zwierzątko, krótko po naszym przybyciu do Sydney. Idąc na zakupy usłyszałam dość nietypowo hałasujące ptaki. Tak głośny skrzek, pisk, nie mógł nie zwrócić mojej uwagi. Od razu zaczęłam uważniej się przyglądać drzewu, które wydawałoby się strasznie denerwowało ptaki. Po chwili zauważyłam przyczynę całego ambarasu – po pniu skradało się włochate zwierzątko. Powoli schodziło ono ku dołowi, ponieważ skrzydlate stworzenia nie przestawały na nie krzyczeć i nacierać. Widok ten całkowicie mnie zamurował, natychmiast przestałam się ruszać, aby nie spłoszyć żyjątka i dzięki temu mieć szansę na dokładniejsze przyjrzenie się jemu. Mały był już prawie przy ziemi, gdy spostrzegł, że jest obserwowany i zrobił dokładnie to, co ja znieruchomiał. Chwilę tak trwaliśmy w bezruchu, gdy podjęłam decyzję, że warto by było uwiecznić je na zdjęciu. Ponieważ nie byłam zbyt daleko od domu, chwyciłam za telefon i usiłowałam skontaktować się z Przemkiem. O odejściu z miejsca spotkania nie było mowy, gdybym się na to zdecydowała niezidentyfikowanego wówczas osobnika na pewno już by nie było, dlatego w tej sytuacji Przemek był jedynym wyjściem. Niestety długo nie odbierał i zanim nawiązałam z nim kontakt maleństwo najwyraźniej uznało, że najwyższa pora powoli zacząć się wycofywać. Przemek oczywiście zdążył dotrzeć i zrobić kilka fotek, ale niestety zwierzak był już wówczas z powrotem w koronie drzewa, toteż przysłaniały go nieco liście. Wystarczyło mi to jednak by później szperając w Internecie odnaleźć owo żyjątko i dowiedzieć się, że tego dnia spotkałam pałankę.


Kolejne pałanki, które widywaliśmy, mijały nas wysoko na przewodach w porach wieczorowych, lub buszowały w oddali, wśród gałązek drzew. Dopiero, kiedy pewnego wieczoru przechadzaliśmy się po ogrodzie przekonaliśmy się, że i u nas ich nie brak. Od tego momentu zaczęliśmy częściej wychodzić nocą na tyły naszego domku i obserwować ich zachowanie. W tym okresie dokarmiałam już od dłuższego czasu ptaki w karmniku na ogrodzie i czasami zdarzało mi się przesadzić z ilością płatków owsianych, które później pod wieczór pozostawały niezjedzone. To Przemek jako pierwszy zaobserwował pewnego wieczoru, że pałanka siedzi w karmniku, a dokładniej w talerzu przymocowanym do metalowej rurki przeznaczonym dla skrzydlatych stworzeń. Wówczas chyba po raz pierwszy zaświtał nam pomysł, aby zacząć zostawiać jakieś owoce dla pałanek. Najpierw obserwowaliśmy je z okna kuchni, patrzyliśmy jak ich kitki zwisają z talerza, a jego zawartość znika w pyszczkach tych istotek. Nie minęło jednak dużo czasu, gdy Przemek po raz pierwszy podał futrzanemu zwierzakowi kawałek jabłuszka nadzianego uprzednio na patyk. Tak to zaskoczyliśmy i karmiliśmy je owocami nabitymi na patki, aż do dnia, gdy i tu znowu Przemek, poczęstował pałankę bananem tym razem prosto z ręki. Oczywiście nie wszystkie pałanki są tak odważne, niektóre bały się nawet wziąć kawałek kusząco pachnącego owocu, który podawany im był na bardzo długim, bo około dwumetrowym patyku. Trzęsły im się łapki i nierzadko zdarzało się, że „śniadanko” upadało im od razu na ziemię. Jednakże z każdym wieczorem małe przekonywały się do nas, a my natomiast rozmawialiśmy głośno, by przyzwyczaiły się do naszych głosów i kojarzyły je sobie jedynie z dobrymi rzeczami. Obecnie przychodzą do nas systematycznie trzy maluchy, które nazywamy Anabel. Dlaczego tak? A no, ponieważ najodważniejszą pałanką była, jak sądziliśmy, jedna tłuściutka osobniczka, której nadaliśmy takie imię. Jednakże, jak to czasem bywa, pewnego wieczoru okazało się, że są dwie takie niczego sobie panienki i tu oniemieliśmy, nie potrafiliśmy wskazać, która z nich to Anabel, tak więc obie otrzymały to imię. Ale nie dosyć tego, jest i trzecia z przygryzionym lewym uszkiem.



Jakie one są? Wspaniałe, wystarczy zawołać, a od razu przychodzą. Liczy się jedzenie. Nie ważne, że czasami jakiś paparazzi świeci fleszem po oczach, czy też ktoś wygłupia się przy „talerzowej stołówce”. Ważny jest banan, jabłuszko, czy też inny przysmak. Warto się poświęcić, wisieć na ogonie i wyciągać łapki, aby dostać małe co nieco. Nasze Dziewczyny, jak zwykliśmy je nazywać, cały czas nas zaskakują. Ostatnio zauważyliśmy jedną z nich w bardzo wysokim jałowcu, chwiejącym się we wszystkie strony. Najwyraźniej dla naszej ulubienicy nie miało to znaczenia.


Kiedy musimy uważać? A no, gdy zdarzy się, że jedna z nich dostanie na przykład banana, a druga jeszcze nie, a znajduje się dość blisko tej pierwszej szczęściary. W takiej sytuacji pałanki gotowe są ze sobą walczyć i bywa, że spadają z drzewa. Dlatego nie chcąc mieć żadnej z nich na głowie w takich sytuacjach odsuwamy się na bezpieczną odległość, albo szybko staramy się dokarmić tę zazdrosną. Pałanki, o których do tej pory pisałam o głównie pałanki kuzu.

Nie tak dawno temu mieliśmy jednak małą przygodę z niewielkim Luckym – pałanką wędrowną. Mały Lucky próbował usilnie dostać się na palmę, którą prawdopodobnie zamieszkiwał. Niestety jego usiłowania spełzły na niczym, miał jeszcze za małe pazurki, żeby wspiąć się po wysokim drzewie. Najpierw postanowiliśmy, że będziemy go obserwować i ewentualnie będziemy reagować, aby nic mu się nie stało. Oczywiście ptaki od razu wypatrzyły szkraba i nie pozwoliły, by bezpiecznie ukrył się w koronie eukaliptusa. Na domiar złego, biedaczysko przez cały czas rozpaczliwie popiskiwało, przez co dodatkowo zwracało na siebie uwagę. W końcu, gdy zaczęło się ściemniać zarówno z powodu zbliżającej się nocy jak i nadchodzącej burzy, podjęliśmy ostateczną decyzję o wkroczeniu do akcji. Natychmiast wzięliśmy malucha do domu, gdzie w specjalnie przygotowanym pudełku wypełnionym chusteczkami higienicznymi zaszył się w jednym z jego kątów. W tym czasie Przemek zadzwonił do RSPCA (Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals), gdzie z kolei otrzymał namiary na ochotniczą organizację pomagającą zwierzakom, która ma wolontariuszy w naszej dzielnicy. Po dwóch godzinach około 22.00 przyjechał Peter z odsieczą. Jak się okazało, spodziewał się on dużo mniejszej pałanki (mimo to przyjechał z klatką jak na całkiem sporego psa ;) ). Po dokładnym obejrzeniu Lucky'ego Peter stwierdził, że mały jest cały zdrów i normalnie przez kolejne dwa, czy trzy tygodnie powinien być przy mamie, po czym z pewnością zostałby bezwzględnie wyrzucony z gniazda, jako dodatkowa konkurencja. Jednak w zaistniałej sytuacji mieliśmy dwie możliwości: po pierwsze, Peter przekazałby Lucky'ego innemu wolontariuszowi, który zająłby się malcem przez ten czas, po czym pałanka zostałaby z powrotem wypuszczona na wolność, albo drugą opcją było pozostawienie Lucky'ego pod palmą w nadziei, że jego mama pod osłoną nocy przyjdzie po niego i sama się nim zajmie. Osobiście najchętniej sama zajęłabym się Lucky'im przez te dwa tygodnie, jednak zdawałam sobie sprawę, że miejsce dzikiego zwierzątka jest w jego naturalnym środowisku, a nie w kartoniku, więc z bólem serca przystałam na drugą opcję i pod palmą zostawiliśmy otwarte pudełko.


Chwilę po tym jak Peter wyjął Lucky'ego z pudełka by jeszcze raz go dokładnie obejrzeć, czy nie ma jakiegoś złamania, malec nie oglądając się na nikogo dał nura na plecy Petera, z których zeskoczył na ziemię a następnie zaszył się w ciemnościach – tak to właśnie zaczęło się „dorosłe życie” naszego małego znajdy.

Tej nocy jednak cały czas nasłuchiwałam, czy nie usłyszę jakiś pisków. Baliśmy się o niego, gdyż nasz ogród chętnie oprócz pałanek odwiedzają również sowy, dla których Lucky byłby idealnym daniem na obiad. Na całe szczęście Przemek widział go kilka dni później, gdy malec przedzierał się pomiędzy gałązkami jałowca na tyłach ogrodu...

Co nas w nich urzeka? Chyba wszystko, ale głównie głośne mlaskanie :)





Powerhouse Museum

Z rozpoczęciem nowego roku trochę nam się w domu zasiedziało. Zawsze mieliśmy jakąś (głównie pogodową) wymówkę, by pozostać w czterech ścianach. Pierwszy tydzień stycznia był deszczowy, a potem powróciły letnie upały, w tym takie powyżej 40˚C (nie do zniesienia). W końcu jednak przerwaliśmy tę złą passę, a właściwie Przemek, bowiem ja byłam przekonana, że kolejny styczniowy weekend minie nam przed telewizorem lub na zakupach. 24.01. miesiąc po Bożym Narodzeniu wybraliśmy się do Powerhouse Museum. Informację o tym miejscu znalazłam na czyimś blogu i uznałam, że warto wpisać je na naszą listę... Opłacało się, gdyż zabawa była przednia.


Powerhouse Museum znajduje się niedaleko Darling Harbour, nie ma więc problemu z trafieniem do celu, tym bardziej, że w odnalezieniu drogi pomogą Wam tablice informacyjne. Za sam wstęp nie zapłaciliśmy zbyt wiele: $10 za osobę dorosłą i $5 dolarów za dziecko (mam na myśli Przemka z jego legitymacją studencką), reszta okazała się bezcenna. Samo muzeum jest dość duże, składa się z czterech pięter, warto więc zabrać ze sobą mapkę, którą znajdziemy przy kasach. Dzięki niej wiedzieliśmy co jeszcze przed nami i gdzie się kierować, aby niczego nie pominąć.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od poziomu 3, na którym zapoznaliśmy się ze sztuką nowoczesną. Ta tematyka, akurat nie jest w granicach mojego zainteresowania, dla tych jednak, których ona ciekawi, załączam kilka zdjęć.


Nieco lepiej zaczęło się robić, gdy przeszliśmy do epoki pary. I tu na samym początku „przywitał” nas silnik parowy Boulton’a i Watt’a. Za silnikiem znajdowały się schody, po których można było wdrapać się do wysokości poszczególnych poziomów silnika i nieco bliżej przyjrzeć się jego konstrukcji. Z góry można było także podziwiać pociąg, któremu później lepiej się przyjrzeliśmy zaglądając do przedziałów odpowiednich klas.


Jednak jedną z ekspozycji, która szczególnie nam się podobała była przestrzeń kosmiczna. Możliwość podziwiania Łunochodu, czy przebywania w laboratorium zerowego ciążenia (po którym bardzo kręciło nam się w głowach) oraz cała masa innych atrakcji związanych z przestrzenią kosmiczną sprawiły, że byliśmy pod wielkim wrażeniem, a to dopiero był początek. Dalej, kierując się w stronę transportu o mało nie zostaliśmy stratowani przez osobnika sięgającego nieco ponad udo, krzyczącego z podekscytowania, że coś jest ekstra. Uniknąwszy rozdeptania przez podążających za krzykaczem kompanów, zachowując bezpieczną odległość również udaliśmy się we „wskazanym kierunku”. Otóż mali widzowie zostali wciągnięci przez lokomotywę parową, do której mogli wejść i co więcej jako prawdziwi maszyniści mogli manipulować rozmaitymi przyciskami i dźwigniami. To jest to! :) Gdy tylko udało mi się przekonać mojego kompana, że jest już za duży na maszynistę i nie ma dla niego miejsca w lokomotywie, oddaliśmy się podziwianiu przepięknych karoc.

W dziale recyklingu Przemek starał się rozgryźć funkcjonowanie nowoczesnych łazienek, ostrzegając mnie abym nie zmokła pod prysznicem, z pod którego usiłowałam ująć w kadrze całą toaletę. Ta ekspozycja napawała nas nadzieją, że jeszcze jest szansa na uratowanie naszej planety. W dalszej drodze czekały na nas także: cyberworlds (gdzie można było między innymi postarać się zrozumieć kod ASCII, czy też zobaczyć Enigmę), instrumenty muzyczne, inspiracje i jeden z ciekawszych – eksperymenty.

To właśnie w sekcji eksperymentów spędziliśmy najwięcej czasu, dlatego że praktycznie wszystko można było dotknąć i spróbować przeprowadzić samemu nieskomplikowane doświadczenia fizyczne i chemiczne. Świetny sposób na naukę, przez zabawę i dużą ilość śmiechu. Niestety część spośród przygotowanych atrakcji nie działa, gdyż najwyraźniej zbyt wielu zwiedzających nie przykładało wagi do instrukcji, lecz bezmyślnie naciskało przypadkowe przyciski.




Powerhouse Museum to dobra rozrywka dla całej rodziny na każdy dzień, zarówno deszczowy jak i gorący (dzięki klimatyzacji ;) ), a spędzicie w nim na pewno kilka niezapomnianych godzin.