Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzielnice Sydney. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzielnice Sydney. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 lutego 2011

Spacer po The Rocks

Po dość intensywnym styczniu i przed nadchodzącym napiętym marcem, zwolniliśmy trochę tempo. Nie chcąc jednak skisnąć całkowicie wśród czterech ścian postanowiliśmy, że czas najwyższy zobaczyć dwie atrakcje, w dzielnicy The Rocks.


Korzystając z ładnego dnia poszliśmy najpierw spacerkiem do Darling Harbour, skąd następnie skierowaliśmy się w stronę Town Hall, gdzie już na Przemka czekała niewielka kobietka z wielkimi nożyczkami ;) i tym samym mamy chwilowo narastający problem z głowy :). Zaraz po szybkim strzyżonku ruszyliśmy w dalszą drogę, w trakcie której upolowaliśmy jeszcze dwie pyszne bułeczki z kurczakiem i avocado. Przegryzka dodała nam niezbędnej energii i dzięki temu szybciej dotarliśmy do The Rocks.

Małą niepozorną chatkę na The Rocks mijaliśmy już wielokrotnie, ale jeszcze nigdy nie weszliśmy do środka. Tym razem zapoznaliśmy się dokładnie z tablicami informacyjnymi, wnętrzem budynku, jak i niewielką ekspozycją w środku. Cóż to za domek? Otóż Cadman’s Cottage.

Cadman’s Cottage to chatka Coxswain’a, czyli sternika, wybudowana została w 1816 roku. Wówczas stała ona tuż nad brzegiem wody. Coxswain odpowiedzialny był za łodzie cumujące w porcie, jak i zarządzał grupą skazańców, która miała mu to zadanie ułatwiać. Była to bardzo ważna postać w tamtym okresie, gdyż prawie wszystko, co było niezbędne osadnikom, docierało tutaj drogą morską.

Cadman’s Cottage postawiona została z wykorzystaniem wydobytego w pobliżu piaskowca i jak wspomniałam pierwotnie stała u wybrzeży piaszczystej plaży. Architektura budynku skopiowana została zgodnie ze stylem angielskim (tak wówczas budowano domy dla kolonii). Z wyglądu przypomina chatkę, jednak tylko na górze znajdowała się część mieszkalna, dół natomiast stanowiła część, w której pracowano.

Pierwszym sternikiem był Bernard Williams, następnie David Smith, John Weiss i w końcu John Cadman. Cadman mianowany został na to stanowisko 27 stycznia 1827 roku i piastował je przez 19 lat, dlatego obecnie budynek ten nazywany jest Cadman’s Cottage, czyli chatką Cadmana. Państwo Cadman byli skazańcami, John został aresztowany w Bewbley, w Anglii 19 grudnia 1796 roku za kradzież konia. 11 marca 1797 roku został skazany na karę śmierci, jednak uśmiechnęło się do niego szczęście i wkrótce kara ta została zamieniona na 14 lat zesłania do Nowej Południowej Walii. Gdy dotarł do Sydney kolonia miała dopiero 10 lat, a ponieważ wcześniej pracował na statkach, w 1809 roku został zatrudniony przez Sydney’s Government Dockyard (Sydney’ski Rząd Stoczniowy), a w 1814 roku otrzymał warunkowe przebaczenie. 1 stycznia 1827 roku przyznano mu stanowisko sternika. 26 października 1830 roku John poślubił 35-letnią Elizabeth. Elizabeth również była kryminalistką, ukradła dwie szczotki i kilka noży, za co skazano ją na 7 lat zesłania do Nowej Południowej Walii, gdzie dotarła w 1828 roku.

  

W 1845 roku Cadman’s Cottage została główną siedzibą Sydney Water Police - wodnej policji w Sydney.

Przy Chatce Cadmanów znajduje się też niewielka dobudówka, która powstała w 1847 roku. Przypuszcza się, że mogła ona służyć za celę dla skazańców w okresie, gdy dom ten był siedzibą Sydney Water Police, nie tłumaczy to jednak dlaczego sufit znajduje się dość wysoko i po co wykonano duże otwory łukowe. To właśnie w tym pomieszczeniu pod podłogą znajduje się system rur, szacuje się, że mają one około 150 lat. Ponieważ chatka był wilgotna z uwagi na bliskość wody, system rur miał pomóc w rozwiązaniu tego problemu.

W domku długo nie zabawiliśmy między innymi dlatego, że były tam udostępnione tylko dwa pomieszczenia, do zwiedzania, a na piętrze obecnie znajduje się Centrum Informacji. Na całe szczęście drugi punkt naszej dzisiejszej wyprawy nie znajdował się daleko. Trzeba był tylko wdrapać się po schodach, a potem już prosto ulicą Arygla, aż do małego kościółka Garrison Church.


Garrison Church jest pierwszym australijskim kościołem. Kamień węgielny pod niego został wmurowany 23 czerwca 1840 roku, od tego momentu pracownicy budowali go codziennie po 10 godzin używając do tego piaskowca wydobywanego z pobliskiej ulicy Arygle. Architekci kościoła, Henry Ginn oraz Edmund Blackket, przewidywali, że pomieści on około 250 dorosłych osób oraz 50 dzieci i niewiele się mylili. Pierwszy ślub odbył się tutaj 23 października 1843 roku. Pierwotnie kościół ten znany był pod nazwą The Church of the Holy Trinity (Kościół Świętej Trójcy), jednak jego nazwa została zmieniona z uwagi na żołnierzy stacjonujących w pobliskim garnizonie.

  

W kościółku też długo nie byliśmy trwały tu przygotowania do, jak mieliśmy się później przekonać, ślubu.

Ponieważ jest stąd żabi skok do The Lord Nelson Brewery Hotel, w związku z tum należało wykorzystać tę sytuację i podelektować się kolejnymi specjałami Nelsona. Musiałam też w jakiś sposób wynagrodzić Przemka za odwagę, nożyczki naprawdę były spore ;) Tym razem skusiliśmy się na Victory Bitter oraz Trafalgar Pale Ale. Przemek okazał się podwójnym szczęściarzem, gdyż dla mnie oba piwa były nieco za mocne ;)


W dobrych nastrojach (Przemek szczególnie) spacerowaliśmy jeszcze nad brzegiem wody, ciesząc się wolnym dniem :)

niedziela, 30 stycznia 2011

Golasy na Południowym Cyplu

Nadanie w Dniu Australii odznaczenia Bohater Regionu Donaldowi Ritchiemu spowodowało, że postanowiliśmy wreszcie pojechać na Watsons Bay.

Donald Ritchie z premier Australii Julią Gillard

źródło

Nie było to pierwsze odznaczenie Dona Ritchie'a. W 1970 roku przyznano mu Medal Odwagi (Medal Bravery), w 2006 roku za swe zasługi otrzymał Order Australii (Medal of the Order of Australia) - najwyższe odznaczenie państwowe, a w 2010 roku wraz z żoną Moyą dostał tytuł Mieszkańca Roku (Citizens of the Year). W tym roku (jak już wiecie) przyznano mu tytuł Bohatera Regionu (Local Hero Award).

źródło
Donald Ritchie z żoną MoyąDlaczego niczym nie wyróżniający się mieszkaniec Sydney jest tak wyjątkowy, że zasłużył na wszystkie te odznaczenia? Otóż ten sympatyczny 84-letni staruszek mieszka od przeszło 45 lat na Watsons Bay, dzielnicy znajdującej się na South Head, gdzie rozciągają się zniewalająco piękne, wysokie klify, ale jednocześnie skrywają one tragiczne historie. Różne źródła podają, że każdego roku około 50 osób popełnia tutaj samobójstwo, skacząc z urwisk. Liczba ta byłaby dużo wyższa, gdyby nie Don Ritchie. Z okna swojego salonu pan Ritchie ma bardzo dobry widok na ludzi na szczycie klifu i jeśli zauważa, że ktoś zatrzymuje się tu na zbyt długo, wówczas, podejrzewając najgorsze, wychodzi do takiej osoby z dobrym słowem i oferuje jej herbatę. Przez te wszystkie lata wielu poszło z Ritchiem do jego domu, niestety inni nie - a jego uprzejme słowa były ostatnią rzeczą jaką słyszeli. Kiedy Don był młodszy często wykorzystywał swoją siłę, by powstrzymać potencjalnych samobójców, obecnie jedyne co może zrobić to rozmawiać z zagubionymi osobami. Szacuje się, że przez te wszystkie lata Don Ritchie odwiódł od samobójstwa przeszło 160 osób.

Klify na Watsons BaySamobójstwa na tych sydnejskich skałach rozpoczęły się prawdopodobnie w 1863 roku, kiedy to Anne Harrison skoczyła w otchłań śmierci. Obecnie poza Donem na straży w The Gap czuwa rozbudowany system kamer monitorujących, wybrzeże jest ogrodzone, a w planach jest zwiększenie wysokości płotu. Dodatkowo już od pobliskiego parkingu co krok, rozmieszczone są telefony alarmowe oraz plakaty nakłaniające do zmiany samobójczych planów.

Dziwne to i zarazem interesujące, że tak wiele osób przyjeżdża właśnie tutaj, aby zakończyć swój żywot, dlatego chcieliśmy przekonać się co takiego niezwykłego ma w sobie The Gap.

Tabliczki z telefonami alarmowymi Kamery monitorujące teren Tabliczki z telefonami alarmowymi

Klify na Watsons BayPonieważ w ostatnim czasie skupieni byliśmy na imprezach kocykowych, w związku z tym teraz należało zaserwować sobie spacer :) Pojechaliśmy pociągiem na Bondi Junction skąd dalej szliśmy wzdłuż ulicy Old South Head Road. Na początku było nawet przyjemnie, duże drzewa rzucające cień i droga cały czas z górki. Oczywiście wiedzieliśmy, że to nie wróży niczego dobrego, z górki znaczy, że będzie też pod górkę :) Dzisiejszy dzień był słoneczny i gdy trzeba było się wspinać, nie było już tak różowo. Pomimo tego uważam, że był to już najwyższy czas na rozruszanie naszych „skostniałych” mięśni.

Latarnia MacquariePo około 8 km doszliśmy do naszego celu, czyli Watsons Bay. Najpierw przywitała nas latarnia Macquarie, która jest repliką tej z 1883 roku. Latarnia Macquarie nie była jednak pierwszym budynkiem wskazującym drogę statkom. Jej poprzedniczka z 1818 roku, w której światło otrzymywane było przez rozpalanie ognia, zaczęła się kruszyć po 50 latach służenia marynarzom i wówczas to pojawiła się potrzeba postawienia nowej. Latarnia Macquarie została całkowicie zautomatyzowana dopiero w 1976 roku.

Przemierzając dalej nasz szlak, co jakiś czas ukazywała się naszym oczom North Head, czyli Północna Głowa, to tylko zachęcało do tego by brnąć przed siebie i z South Head (Głowa Południowa) popatrzyć na jej siostrę. Po drodze mijaliśmy sporej wielkości kotwicę. Około 500 metrów na południe od miejsca, w którym się ona znajduje, rozbił się 20 sierpnia 1857 roku statek Dunbar. Spośród 122 osób znajdujących się na pokładzie przeżyła tylko jedna, był to James Johnson. 50 lat później kotwica z rozbitego okrętu została odnaleziona przez mieszkańców i obecnie przypomina o tym tragicznym wydarzeniu.

  

The Gap to jednak nie tylko piękne klify i atrakcja turystyczna, to również, od 1870 roku, ważne miejsce obronne. Ten południowy cypel był zajęty przez Wojskową Szkołę Artylerii (Army’s School of Artillery) w latach 1895 – 1941 oraz od 1942 roku przez Australijską Marynarkę Wojenną (Royal Australian Navy), której baraki nadal funkcjonują. W związku z tym przez długi okres czasu nie było dostępu na The Gap dla osób cywilnych. Dopiero od 1982 roku część ziem South Head zostało przekazanych miastu. Dzięki temu, że stacjonowało i nadal stacjonuje tutaj wojsko, oprócz malowniczych widoków można również podziwiać pozostałości po armatach, a jest ich tutaj trochę.

Toaleta z 1912 rokuGdy tak szliśmy spacerkiem, zachwycając się skalistym wybrzeżem oraz szumiącym oceanem, mijaliśmy po drodze kilka atrakcji. Pierwszą z nich, na którą pewnie niejeden turysta nawet nie spojrzy jest toaleta z 1912 roku. Nic w niej nadzwyczajnego, no może poza tym, że w części damskiej znajduje się spory pisuar. Znak przed plażą Lady Bay BeachJest to oczywiście pozostałość po armii, ówczesny podział różnił się nieco od obecnego, zamiast standardowego Women i Men widniała tu tabliczka Officers i Men :) Z kolei przed toaletą rośnie wysoka palma, posadzona oczywiście przez wojsko, w celu wprowadzenia tropikalnej atmosfery :) To oczywiście taka ciekawostka, właściwe atrakcje turystyczne to znajdujące się na samym końcu South Head chatka latarnika i kolejna latarnia morska. Zanim jednak się do nich dotrze mija się po drodze plażę Lady Bay Beach, prawdopodobnie najstarszą w Sydney plażę nudystów. W Internecie znalazłam informację, że dopiero w 1976 roku otrzymała ona status prawny, choć przez nudystów zaadoptowana została na długo wcześniej. Tuż przy wejściu na plażę stoi znak, informujący, że tylko na plaży można przebywać nago. To oczywiście druga ciekawostka z Watsons Bay.

Domek latarnika
Latarnia HornbyWracając jednak do latarni… Mniej więcej miesiąc po tragedii statku Dunbar zadecydowano, że na Południowej Głowie musi powstać latarnia jak i dom dla osoby obsługującej ją. Niestety prace nie posuwały się wystarczająco szybko i zanim projekt został ukończony na Północnej Głowie 23 października 1857 roku rozbił się kolejny okręt Catherine Adamson, wówczas zginęło 21 osób. Latarnia Hornby została ukończona dopiero w 1858 roku, a jej budowa pochłonęła 3127 funtów. Pierwszym latarnikiem został ocalony z katastrofy Dunbar'a James Johnson. Na South Head latarnicy pełnili służbę do 1933, a potem latarnia została już zautomatyzowana.

W pozostałoci jednej z fortyfikacji Widok z końca South Head 

Gdy już obeszliśmy całą South Head, byliśmy bogatsi o nową wiedzę i wrażenia uznaliśmy, że czas na mrożoną kawę lub jak kto woli zimne piwo ;) Przemek już z góry wypatrzył kilka kawiarni, więc nie pozostało nam nic innego jak zaspokoić pragnienie. Nasze plany z reguły szybko się zmieniają i tak było tym razem, zamiast usiąść w kawiarni znaleźliśmy się w autobusie, który dowiózł nas do Edgecliff, gdzie dopiero kupiliśmy piwo. Stamtąd mieliśmy już bezpośredni pociąg do domu.

Najlepszym zakończeniem takiej wyprawy jest zimny prysznic, po którym piwo z lodówki jest jak znalazł :) ... do tego chyba nikogo nie muszę przekonywać ;)

niedziela, 12 grudnia 2010

Z Mikołajem na krańcu Sydney

Trzy tygodnie temu przyszło mi być słomianą wdówką, jako, że Przemek wyjechał na 14 dni do Singapuru i Seulu. Myślałam, że będę mogła część tego czasu spożytkować na słodkie lenistwo, że uda mi się napisać coś niecoś o poczynaniach słomianego wdowieństwa, że pojawią się moje zdjęcia na blogu z różnych plaż. Niestety, a może „stety”, byłam ciągle zajęta włącznie z weekendami. Wracałam do domu czekałam na Skype na Przemka, albo od razu kładłam się spać. I tak oto minęły mi dwa tygodnie bez mojej drugiej połowy. Za to po Jego powrocie postanowiliśmy trochę zaszaleć. W sobotę 11.12. pływaliśmy promami po zatoce sydneyskiej i nie tylko, a dzisiaj…


W planach była wczesna pobudka, ale się nie udało :) Dopiero około 9.00 zwlekliśmy się z łóżka. Tak to jest, gdy jednego dnia wraca się późno do domu, a na następny planuje kolejne voyage. O dziwo pomimo dłuższego sennego szaleństwa, zdążyliśmy na autobus, który dzień wcześniej wybraliśmy, a który dowieźć nas miał na Palm Beach i w końcu dowiózł :)

Sama podróż do oddalonej od centrum o 40 km plaży zajęła nam ponad półtorej godziny w jedną stronę. Na początku autobus przedzierał się przez korki miejskiej puszczy, co strasznie mnie nużyło, starałam się jednak próbować odgadnąć nasze położenie. Czasami przychodziło mi to z trudem innym razem mijaliśmy znane mi okolice, jak choćby Neutral Bay, gdzie mają najlepsze migdałowe rogaliki. Im bliżej byliśmy celu tym ciekawsze widoki pojawiały się za oknem. Moją uwagę przykuła ddddługa plaża, od razu pomyślałam sobie o mieszkańcach tych okolic, którzy mają możliwość mieszkania w tak ciekawym miejscu. Niedaleko Palm Beach autobus zaczął jechać krętą drogą i znacznie zwolnił, a wodę było widać raz po prawej, raz po lewej stronie :) I w końcu nasz oczekiwany cel – Palm Beach.


Palm Beach uznawana jest jeszcze za dzielnicę Sydney, jest to najbardziej wysunięty punkt na północ od centrum. Po raz pierwszy powiedziała mi o niej Candy, gdy dopytywałam się gdzie tak naprawdę kończy się to miasto. Wówczas Candy wpadła na pomysł zabrania nas w te rejony, niestety nigdy nie udało się jej tego zrealizować. Nie tak dawno temu o Palm Beach przypomniała mi jej siostra Sandi. Miałyśmy się tam wybrać na kilka dni podczas nieobecności Przemka, nieoczekiwane okoliczności pokrzyżowały nam jednak te plany. Właściwie ucieszyłam się z tego powodu, bo słyszałam same wspaniałe rzeczy o tym miejscu i chciałam pojechać tam z Przemkiem. W końcu uznaliśmy, że nadeszła odpowiednia pora.


Na początku w tym rejonie znajdował się port Cabbage Tree Boat Harbour (Cabbage Tree, czyli Kordylina australijska). Od niego to plaża otrzymała nazwę Cabbage Tree palms, a żeby było łatwiej w późniejszym okresie przechrzczono ją na Palm Beach. Myślę, że warto również wspomnieć, że Palm Beach została wykorzystana w australijskiej operze mydlanej „Home and Away”. W serialu tym jest to fikcyjne miasto Summer Bay.

Jest to przyjemne miejsce dla osób lubiących plażowanie: nie ma tu takich tłumów jak w pobliżu centrum Sydney, tuż przy plaży nie ciągnie się szeroka droga, której szum przejeżdżających samochodów zlewałby się z szumem wody, i w końcu można cieszyć się towarzystwem ciekawej przyrody oraz Oceanem Spokojnym – choć nie koniecznie spokojnym. My z Przemkiem odczuwaliśmy jednak pewien niedosyt. Nie zaliczamy siebie do „naleśniczków” – czyli osobników uwielbiających smażyć się godzinami na plaży. Oboje wolimy bardziej intensywny wypoczynek, tak więc na Palm Beach oprócz pięknej plaży spodziewaliśmy się znacznie większej ilości rozrywek przeznaczonych dla turystów. Niestety prócz plaży i mini targowiska nie udało nam się znaleźć tam nic więcej ciekawego. Być może inaczej pisałabym teraz gdybyśmy weszli na teren Barrenjoey Head Aquatic Reserve, ale to następnym razem.

Jakoś jednak zagospodarowaliśmy sobie nasz czas i oczywiście nie obyło się bez pływania. Woda w tym dniu miała 18 stopni i na początku miało się wrażenie zimna, ale tak naprawdę temperatura była idealna. Przyjemnie ciepły ocean i nie za duże fale pozwalały mi troszkę zaszaleć. Przemek za to, prócz pilnowania dobytku ;) zobowiązany był do odwzajemniania życzeń i uprzejmości świątecznych, gdyż wzbudzał dość spore zainteresowanie wśród reszty plażowiczów :)


Gdyby Palm Beach znajdowała się gdzieś bliżej centrum, albo my bliżej Palm Beach na pewno zaglądalibyśmy tam częściej :)

niedziela, 10 października 2010

Jak kupić markowo i niedrogo, czyli FACTORY OUTLETy.

Gdy z sympatyczną Australijką Sandi wchodzimy do sklepu, zawsze słyszę z jej ust „zagrajmy” (z ang. let's play). Nie sądzicie, że jest to ciekawe określenie?

Dziś wybraliśmy się z Przemkiem na poszukiwanie męskich sandałów. Właściwie za butami dla Przemka rozglądaliśmy się od jakiegoś czasu, ale jak nie raz się przekonałam, nie tak łatwo jest o sklepy z odzieżą, czy obuwiem męskim, w szczególności sandałami, więc wychodząc z domu nie przypuszczałam, że będę dziś, jak z Sandi, „grała”, a jednak ;)

Już wcześniej wiedzieliśmy, że przy ulicy Botany Road w dzielnicy Alexandria w Sydney znajduje się kilka tak zwanych Factory Outlet'ów. Dzisiaj jednak Przemek zabrał mnie na McEvoy Street, gdyż dzień wcześniej sprawdził, że to właśnie tam powinny być outlety z butami... i w rzeczy samej :) Na początku trafiliśmy na The Handbag & Shoe Factory Outlet, a w środku masa torebek, różnych firm: Jag, Diana Ferrari itp., paski i co tylko chcecie... oczywiście były też damskie buty ;) Niestety butów męskich – brak. Pocieszające jest to, że nie spodziewając się tego, znalazłam tam sobie torebkę na lato :) Tak więc torebki Drogie Panie znajdziecie w tym właśnie outlecie już w zawrotnej cenie $15,00. Reszta cen markowego asortymentu też wprawia w zachwyt ;) Jedyną „wadą” tych produktów jest to, że są z minionej kolekcji, z jakiś powodów niechciane, niekupione albo zapomniane... na szczęście w takich punktach dostają drugą szansę na sprzedaż, ze zdecydowanie ciekawszymi cenami.

Idąc dalej McEvoy Street trafiliśmy na FSW Shoe Warehouse i dużo butów takich firm jak: Diana Ferrari, Sandler, Tony Bianco, Redback, Oliver itp.. Są tu zarówno nowe jak i stare kolekcje, a co najważniejsze duży wybór obuwia nie tylko dla pań Drodzy Panowie. Przyznać muszę, że strasznie się ucieszyłam, gdy znaleźliśmy buty dla Przemka, dobrej jakości, ładne i za niespełna $30,00.

Zadowoleni z udanej „gry” przeszliśmy się jeszcze kawałeczek, by sprawdzić co jeszcze kryje w sobie Alexandria. Jakie Factory Outlety można, więc znaleźć w tej dzielnicy? Są to między innymi: Ron Bennett Menswear Outlet (coś dla panów), Events Outlet (gdzie panie mogą nacieszyć się sukienkami, sweterkami itp., a panowie odpocząć na wygodnej kanapie). Wielbiciele rozmaitych sportów powinni udać się do Pumy oraz New Balance. Są tu również: Oxford Factory Outlet (głównie asortyment męski ale i panie znajdą coś eleganckiego), Sandler, David Lawrence, Marcs, Morrissey, The Handbag And Shoe Factory Outlet oraz wiele innych, do których z Przemkiem (jeszcze) nie dotarliśmy :)

  

Wszystkim, którzy lubią „grać” lub zmuszeni są zrobić zakupy, gorąco polecam Factory Outlety, a najszybciej dotrzecie tam ze stacji Green Square.

środa, 4 sierpnia 2010

Darlington

Już przeszło dwa miesiące za nami w nowym miejscu, a przed nami nieco więcej niż sześć. Darlington okazuje się posiadać wiele zalet. Przede wszystkim mamy niedaleko do Town Hall (centrum) oraz ja mam stosunkowo blisko do pracy. Przyjemnie jest wyjść z mieszkania i ruszyć przed siebie, gdzie nogi poniosą, szczególnie, gdy pogoda dopisuje. Możemy częściej widywać operę, spacerować po Darling Harbour oraz dzielnicy chińskiej, a dzięki temu intensywniej odczuwa się to, że jest się w Sydney. Poza tym nowa lokalizacja pozwala nam częściej widywać się ze znajomymi, a to świetnie wpływa na poprawę samopoczucia. Gdziekolwiek chcemy pojechać z Redfern (najbliższa stacja około 5 min od naszego domu) mamy bezpośrednie pociągi praktycznie wszędzie. Hałas panujący w mieście wcale nam nie przeszkadza, a tego obawiałam się najbardziej. O dziwo nawet nieco lepiej sypiam niż w Hornsby. Zaraz koło naszego mieszkanka znajduje się Victoria Park. Za dnia, przy ładnej pogodzie, bawią się na tutejszym placu zabaw dzieci, a w nocy niekoniecznie na placu zabaw ;) spacerują moje ulubienice, pałanki. W głębi parku widać basen, który na pewno fantastycznie się sprawdza latem. Teraz nie zaobserwowałam tam tłumów ;) Niedaleko nas zlokalizowane jest także, to co bywa niezbędne, gdy nie dysponuje się własnym samochodem, centrum handlowe – Broadway Mirvac. Nie możemy zaliczyć go do szczególnie dużych, ale jest tam Coles, K-mart, Target, poczta i wiele innych pomniejszych sklepików. A gdy najdzie nas ochota na żywność organiczną, możemy się przespacerować na targ, zorganizowany prawdopodobnie w budynkach po warsztatach kolejowych nieopodal stacji Redfern.

  

 

Nasz pokoik okazał się być cieplejszy niż w Hornsby, co akurat w okresie zimy ma duże znaczenie. Nawet nie musimy dodatkowo korzystać z kocyków i nie używamy farelki tak często jak w Hornsby. Mam nadzieję, że gdy przyjdą australijskie upały, będzie w nim nieco chłodniej :) Cena również jest zdecydowanie lepsza, to chyba już tak po starej znajomości z gospodarzem :)

Jest tylko jeden minus tego miejsca: współlokatorzy Anthony oraz Martin. Anthony jest bardzo miłym chłopakiem, ale nie specjalnie przykłada wagę do czystości, a Martin, hm… jest po prostu zgorzkniały i do tego brudas. Żeby nikt nie pomyślał, że oskarżam go niesłusznie podaję prosty przykład jego zachowania. Gdy Martin zbił słoik z australijskim przysmakiem Vegemite, posprzątał po sobie jedynie największe kawałki szkła, a cała masa niewielkich okruszków świeciła się wszędzie: na stole, na krzesłach i chrzęściła pod nogami na podłodze. Razem z Przemkiem wszystko sprzątnęliśmy, żeby nikt się nie pokaleczył, bo niestety Martin gdzieś wybył i w najmniejszym stopniu nie przejmował się tym, co pozostawił w kuchni. Wiem, że nie tylko my mamy problemy ze współlokatorami, ale niestety życie studenta wymaga czasami przystosowania się do takich sytuacji…