wtorek, 9 listopada 2010

Balanda – white fella

Pobudka miała być o 6.30, ale z powodu licznych zwierząt informujących, że słońce już wstało obudziliśmy się przed czasem. Pomimo, że w nocy było chłodniej to i tak byliśmy przepoceni. Przemek spakował nasze bagaże, ja tymczasem tradycyjnie udałam się pod prysznic, a potem na śniadanie. Tym razem self-service, niektórzy decydowali się na tosty, a ja i Przemek zadowoliliśmy się kanapkami z dżemem.

Bilet wstępu do Kakadu National ParkOkoło 8.00 wszystko już było gotowe, spakowane, posprzątane, możemy więc jechać dalej :) Dzisiaj mieliśmy przekraczać granice Kakadu Parku. W związku z tym wszyscy otrzymaliśmy od Damo bilety wstępu, za które zapłaciliśmy stosownie wcześniej. Każdy bilet ma datę ważności, upływającą po 14 dniach od momentu wejścia do parku (jednokrotnie można przedłużyć czas pobytu w parku o kolejne 14 dni, za okazaniem dowodu tożsamości ze zdjęciem) oraz zawiera pełne imię i nazwisko jego posiadacza. Wejściówkę trzeba mieć przy sobie cały czas i w razie konieczności okazać ją straży leśnej. 38,8% wpływów ze wstępu do Kakadu Parku – $25,00 od turysty – otrzymuje społeczność aborygeńska, rząd – resztę, za którą jest zobowiązany utrzymywać infrastrukturę w parku. Zanim jednak rząd podejmie jakiekolwiek działania, zawsze najpierw musi otrzymać akceptację starszyzny aborygeńskiej.

Kakadu National Park
Mapa UbirrNaszym pierwszym przystankiem w Kakadu National Park było Ubirr. Już sama trasa do celu była bardzo urzekająca, ale Ubirr wywarło na mnie niesamowite wrażenie. Zanim jednak opiszę co widzieliśmy, muszę napomknąć o pewnej atrakcji jaka tam na nas czekała. Tuż przed przyjazdem na parking pod Ubirr Damo oznajmił, że społeczność aborygeńska udostępniła te obszary do zwiedzania pod jednym warunkiem, a mianowicie, że turyści będą postępować według tradycji aborygeńskich. Oczywiście dotyczy to również korzystania z toalety, w związku z czym w specjalnym szałasie mieliśmy wykopać dołek, załatwić potrzebę, zasypać dołek ziemią, po czym uklepać wzgórek... Tak w każdym bądź razie przedstawiała się teoria, a w praktyce... Ku naszemu zaskoczeniu, okazało się, że we wskazanym miejscu była najzwyczajniejsza toaleta. Wszyscy byliśmy zawiedzeni, zero atrakcji, za to Damo cieszył się jak dziecko, że zrobił nas w konia! 1:0 dla niego ;)

W drodze do Main Gallery - Ubirr W drodze do Main Gallery - Ubirr Balanda – white fella

Wracając do Ubirr, to tutaj podziwialiśmy jedną z najciekawszych kolekcji sztuki naskalnej na świecie i jedne z najpiękniejszych widoków na rozległy krajobraz Kakadu. Zachwycało mnie wszystko: skały przez, które przedzierała się roślinność, zwierzęta, zapach unoszący się w powietrzu, kolory, australijska historia.

Main Gallery - Ubirr Main Gallery - Ubirr Main Gallery - Ubirr

W czasie naszego spaceru dowiedzieliśmy się trochę o znaczeniu spektakularnych malowideł naskalnych. Tradycyjne malunki przekazują historię tego ludu i nauczają młodych. Są one częścią niepiśmiennej biblioteki wiedzy i duchowych wierzeń aborygeńskiej społeczności. Opowiadają historie o śpiewie, tańcu, muzyce, ceremoniach, polowaniach, jedzeniu itp.

Ubirr Ubirr Ubirr

Niektóre obrazy są szczególnie ważne, przypuszcza się bowiem, że są one namalowanie przez Pierwszych Ludzi epoki powstania (z ang. First People of the creation era), nazywanych czasami Dreamtime. W Main Gallery (Ubirr) większość rentgenowskich (gdyż większość z nich odzwierciedla również wewnętrzną budowę ludzi i zwierząt) rysunków zachowała się z okresu tak zwanego „freshwater period”, czyli z ostatnich 1500 lat. Pokazują one różnorodność obfitego jedzenia dostępnego na tych terenach między innymi: ryb, małży, wallabies, goanna, kolczatek oraz warzyw pochrzyn (jams). Jednakże znajdują się tu także i bardziej współczesne dzieła, dzieła kontaktowe związane z balanda, co w Arnhem Land (Northern Territory) oznacza białego człowieka („white fella”). Balanda uwieczniony na skale w Ubirr ma ręce schowane w kieszeniach i duże buty na nogach i to właśnie po tym można go rozpoznać. Określa się, że obraz ten pochodzi z około 1880 roku.

Ubirr Ubirr Ubirr Ubirr Ubirr

Z głównej galerii (Main Gallery) skierowaliśmy się w stronę Namarrkan Sisters na zapierający dech w piersiach punkt widokowy Nadab Lookout. Coś niesamowitego! Z jednej strony skały, z drugiej rozlewisko, na lewo pole dzikiego ryżu, na prawo busz, a wszystko obserwuje się z góry z widokiem 360˚.


W Ubirr było tak pięknie, że chciało się zostać dłużej, ale 39˚C w cieniu nakłaniało do opuszczenia szczytu wzgórza, gdzie tego cienia było próżno szukać ;) Chyba wszyscy byliśmy zauroczeni i wszyscy byliśmy głodni :)


Następny przystanek kemping w Jabiru, ale tylko na czas lunchu, bo nasz nocleg miał być w innym miejscu. Zanim jednak tam pojechaliśmy Damo pokazał nam hotel w kształcie krokodyla. Moim zdaniem super pomysł. Niestety z samochodu ciężko było zrobić zdjęcie stąd korzystam z innych źródeł :)

Czarne KakaduDziś na lunch hot dogi i choć nie przepadam za parówkami to te szczególnie mi smakowały. Załapałam się też na wczorajsze kiełbaski z bawoła, pychotka :) Po lunchu nadszedł czas na ulgę dla organizmu. Chyba każdy już o tym myślał – kilka chwil w wodzie :) Idąc na basen mijaliśmy śliczne dwie czarne kakadu, już wcześniej w trasie widywaliśmy te ptaki kilkakrotnie, ale teraz nadarzyła się okazja do zrobienia paru zdjęć.


Nie wiem ile czasu spędziliśmy pluskając się, najważniejsze jednak, że po wszystkim mokre koszulki przynosiły ochłodę organizmowi i znowu byliśmy gotowi na kolejne podboje Kakadu Parku. Tym razem czekało na nas Bowali Visitor Centre. Bowali (Bor-warl-ee) jest Gun-djeihmi nazwą lokalnego obszaru i potoku należącego do klanu Mirrar, którego główny język to Gun-djeighmi. Centrum Bowali nie należy do dużych, ale można dowiedzieć się w nim kilku ciekawych rzeczy, głównie dotyczących fauny i flory. Mogłam tu podziwiać pracę jednego z Aborygenów w trakcie uwieczniania żółwia na kamieniu. Gdy tak stałam i przyglądałam się jego wysiłkom podeszła do mnie pani z centrum i powiedziała, że odtwarza on dzieło swojego dziadka i że to trudne oraz bardzo pracochłonne zajęcie. Otrzymałam też zgodę na zrobienie zdjęcia :) To właśnie w Bowali upał skłonił nas do kupienia pysznych zimnych lodów, niestety smakujących malizną ;)

Mapa okolic Anbangbang
Broń palna w Anbangbang GalleryCzas w miejscu stanąć nie chciał, trzeba więc było zająć miejsca w klimatyzowanym busiku, następny przystanek Anbangbang Gallery w Nawurlandja. Tak naprawdę to co widzieliśmy tutaj to tylko szczątki całości. Obszar ten w 99,9% zamknięty jest dla zwiedzających, gdyż stanowi on święte miejsce Aborygenów. Można tu zobaczyć naskalne obrazy przedstawiające mężczyzn polujących na kangury (polowali tylko mężczyźni), tańczących ludzi , a także jak w przypadku Ubirr, zauważyć sztukę kontaktową, tym razem broń palną. Jednak główną atrakcją tej galerii jest Nabulwinjbulwinj, czyli niebezpieczny duch, zjadający kobiety, które uprzednio bije swoim yam. Po obejrzeniu galerii Anbangbang poszliśmy jeszcze na krótki spacer w tej okolicy do punktu widokowego Gunwarrde Warrde Lookout. Z tego miejsca można zobaczyć Lightning Dreaming, gdzie żyje Namarrgon.

Anbangbang Anbangbang Anbangbang Nabulwinjbulwinj - Anbangbang Like to Dance? - Anbangbang

Po opuszczeniu Anbangbang skierowaliśmy się prosto na miejsce naszego nowego kempingu w Cooinda, a tu kolejne zaskoczenie. Namioty prezentowały się podobnie, jedyna różnica z zewnątrz to dodatkowe zaciemnienie moskitiery, żeby słońce za bardzo nie prażyło. Za to w środku, no nie! Łóżka! Zwykłe najprawdziwsze łóżka! Z kempingu na kemping coraz lepiej. Szybko się zakwaterowaliśmy i zabraliśmy za przygotowanie obiadu. Dzisiaj kurczak z ryżem, nieco pikantny, ale dobry. Trochę posiedzieliśmy przy stole, tym razem na dworze, a nie w kuchni polowej, gdyż tam było za gorąco, po czym posprzątaliśmy i wybraliśmy kierunek basen.

Na dworze było już ciemno, biorąc pod uwagę teren kempingu, łatwo się zgubić. Na całe szczęście spotkaliśmy Philippę i Dean'a i razem szukaliśmy pozostałych członków naszej grupy. Wydawało nam się, że są na basenie, ale gdzie basen? Snując się z naszymi latarkami, w końcu wypatrzyliśmy oczko z wodą, uratowani. Trochę dla nas było zastanawiające, że nie ma tu nikogo oprócz naszej czwórki, ale co tam. Pływając na plecach zachwycałam się widokiem roztaczającym się nade mną. Rozgwieżdżone niebo pomiędzy palmami – bajka! Nie wiem, która była godzina, ale gdy opuszczaliśmy Philippę i Dean’a na dworze było już chłodno. Niby fajnie jak się jednak okazało, był to chłód czasowy, aż do momentu, gdy obeschliśmy i znowu poczuliśmy otaczającą nas duchotę. W drodze do namiotu jakoś udało nam się znaleźć łazienki, wpisać kod dostępu C0152 i zadowolić się orzeźwiającym prysznicem.

W naszym namiocie
GeckoPrzed łazienkami skakały tutejsze ropuchy cane toad, sprowadzone do Australii przez Brytyjczyków. Miały one minimalizować ilość insektów, zamiast tego minimalizują liczbę krokodyli i innych zwierząt. Są one bowiem toksyczne, a nieświadome tego stwory chętnie się nimi pożywiają, płacąc za to najwyższą cenę. Ropucha - Cane ToadNa ścianach łazienki spacerowały też śliczne gekony z wyłupiastymi oczyma. Nie mogliśmy niestety się im zbyt długo przyglądać, bo trzeba było zmykać przed komarami. Przemek wspomniał mi w drodze do namiotu, że w łazience spotkał Tobiasa i podobno pozostali też byli na basenie. W kuchni polowej zastaliśmy resztę grupy, i w rzeczy samej kąpali się. Jak to możliwe?! Otóż na Gagudju Lodge Cooinda znajdują się dwa baseny, my znaleźliśmy mniejszy przeznaczony dla osób z przyczepami kempingowymi. Teraz to już nieważne :) Mały basen też dobrze się sprawdził :) Jeszcze trochę posiedzieliśmy ze wszystkimi, Przemek nawet zagrał kilka razy w jakąś grę z kostkami przedstawiającymi różne zwierzęta. Ideą było odgadnięcie ile różnych zwierząt jest na stole i czy przypadkiem ktoś z grających nie kłamie podając ich liczbę. Szybko jednak się zniechęcił po trzech przegranych, więc oboje poszliśmy do łóżek :)


Tej nocy chyba najlepiej mi się spało.

poniedziałek, 8 listopada 2010

Krokodyl na deser

W hosteluNa dźwięk budzika ciężko było wstać, ale nikt na nas by nie zaczekał, a my musieliśmy jeszcze przeorganizować bagaże. W małych plecakach powinno zostać tylko to co najważniejsze, niezbędne do spacerów po buszu, w dużym miała znaleźć się reszta naszych rzeczy – to robota dla Przemka. Ja miałam nie przeszkadzać :) Po dusznej nocy, a właściwie może 1,5 godzinie snu poszłam pod prysznic, a potem zorganizowałam wodę, żeby zjeść zupkę chińską. Z Przemka pot lał się strumieniami, pomimo iż słońce jeszcze nie wstało, ale dzielnie walczył z bagażami. Gdy już wszystko było gotowe zjedliśmy nasze pożywne śniadanko, napełniliśmy butelki wodą, pokremowaliśmy się kremem z filtrem i wymeldowaliśmy.

Hostel
Tym razem szczęście nam dopisało, bo biuro Adventure Tours Australia znajdowało się zaraz po drugiej stronie ulicy i Przemek od razu je wypatrzył. W agencji, czekając na transportW oczekiwaniu na nasz transport zajęłam miejsce na kanapie, wraz z bagażami i usiłowałam nie spać – było mi bardzo ciężko. Gdy Przemek wyszedł z biura, aby jeszcze przed drogą skorzystać z toalety, podjechały dwa busiki. Poznałam naszego przewodnika Damo, podpisałam pakt z diabłem, że wiem iż wycieczka wiąże się z niebezpieczeństwami i takie tam, i czekałam na Przemka, który chwilę później pojawił się w drzwiach. Ja przynajmniej przeczytałam co podpisuję, Przemek zrobił to odruchowo, nawet nie wiedział, że oddaje nerkę ;) Załadowaliśmy bagaże do busa, zajęliśmy miejsca i cierpliwie czekaliśmy. Temperatura w Darwin była już dość wysoka, stąd też od razu docenialiśmy klimatyzację w naszym transporcie.

Zanim ruszyliśmy przewodnik, Damo, się przedstawił i poprosił o to samo nas. Przy okazji mieliśmy powiedzieć jakim super bohaterem chcielibyśmy być. Ja wybrałam Superman’a, bo on umie latać :) Gdy mówiliśmy, że jesteśmy z Polski, Damo pochwalił się swoim swojsko brzmiącym nazwiskiem: Kalinski.

Nasza grupa nie należała do najliczniejszych, w jej skład wchodziliśmy my, para z Londynu Philippa i Dean, para ze Złotego Wybrzeża Leanne i Terry oraz Tobias ze Szwajcarii. Gdy już się poznaliśmy, Damo poinformował nas jeszcze, że niestety z uwagi na występowanie krokodyli słonowodnych pod wodospadami: Jim Jim Falls i Twin Falls, zostały one zamknięte dla turystów i w związku z tym dzisiejszego dnia zawiezie nas w inne ciekawsze miejsca.

Na początku trasy Damo przekazywał nam informacje dotyczące samego miasta Darwin, czyli stolicy Terytorium Północnego. Gdy mówił, że miasto jest nieduże i zamieszkuje je około 110 000 osób, pomyślałam od razu, że jest większe od niejednego polskiego :) Miasto swoją nazwę otrzymało na cześć Karola Darwina, a powstało jako stacja telegraficzna w 1869. 25 grudnia 1974 roku cyklon Tracy, przechodzący przez Darwin, zabił 71 osób i zniszczył ponad 70% budynków w mieście. Po tym wydarzeniu 30 000 mieszkańców opuściło je, spośród zamieszkujących je wówczas około 43 000.

Drzewo przy Banyan Tree Caravan & Tourist Park, BatchelorSzum silnika, przyjemny chłód od klimatyzacji i silne zmęczenie zrobiły swoje i gdy przewodnik zamilkł, aby w pełni oddać się prowadzeniu busa, pomimo iż nie chciałam zasnąć, odpłynęłam. Obudził mnie głos Damo informującego nas, że zbliżamy się do miejsca pierwszego postoju Banyan Tree Caravan & Tourist Park, Batchelor, gdzie możemy zjeść śniadanie i skorzystać z toalety. Po kilku minutach przerwy znowu w drogę, w końcu z Darwin do Florence Falls, pierwszego punktu naszej podróży, jest około 145 km drogi.

Florence FallsFlorence Falls znajdują się w Litchfield National Park, są to przepiękne podwójne kaskady znajdujące się w centrum lasu monsunowego. Można się tu wykąpać, o ile nie występują krokodyle :) Sam króciutki spacer z parkingu do wodospadów (około 1,2 km) też jest urzekający. Widok przy  Florence FallsPo drodze mijaliśmy dwa małe wallaby (kangurki), które w ogóle nie przejmowały się naszą obecnością, zresztą nikt nie byłby w stanie zejść do nich po kamieniach :) Ponieważ pogoda sprzyjała kąpielom, szczególnie z uwagi na temperaturę, chętnie skorzystaliśmy z okazji, aby zanurzyć się w krystalicznie czystej i chłodnej wodzie. Takiego ukojenia potrzebowaliśmy wszyscy. Trzeba jednak było uważać na wielkie kamienie znajdujące się na dnie. Po pierwsze były one bardzo śliskie i trudno było się na nich utrzymać, po drugie w czasie płynięcia nietrudno było uderzyć się w kolano. Widok przy Florence FallsDla nas ta atrakcja była czymś niesamowitym, bo nigdy wcześniej nie pluskaliśmy się pod wodospadem, szczególnie przy tak niepowtarzalnych widokach. Chyba nikt nie miał ochoty wychodzić z wody. Tym razem spacer był łatwiejszy, bo mokre rzeczy przynosiły ulgę. Mogliśmy iść około 3,2 km do Buley Rockhole, ale Damo podwiózł nas samochodem, aby nie tracić czasu, gdyż mieliśmy jeszcze inne rarytasy zaplanowane na ten dzień.

My i Florence Falls
Buley RockholeBuley Rockhole to z kolei kaskadowe baseny, do których podobnie jak do Florence Falls, przyjeżdżają (szczególnie w weekendy) mieszkańcy okolicznych wiosek, jak i samego Darwin. Nie mogą oni bowiem korzystać z rozlicznych plaży w stolicy terytorium, z uwagi na występujące w przyległych wodach głodne gady. W Buley Rockhole niektórzy skakali do wody, inni wykorzystywali spływającą po skałach wodę jako jakuzzi, podczas, gdy ja i Przemek rozkoszowaliśmy się wodą siedząc na skałce.

Buley Rockhole
Taki odpoczynek był nam potrzebny przed lunchem, na który wróciliśmy do Banyan Tree Caravan & Tourist Park, tym razem kanapki z dużą ilością much ;) W przygotowaniu lunchu mieliśmy współpracować, toteż wszystko sprawnie poszło i po sycących kanapkach gotowi byliśmy na spotkanie z aborygeńską rodziną Graham'a.

W drodze Damo opowiadał nam, że niegdyś tereny te zamieszkiwane były przez około 20 różnych plemion, posługujących się 15 językami, obecnie jest tylko 12 plemion i zaledwie 3 języki, a wszystko to dzięki białemu człowiekowi i jego edukacji. Europejczycy nie starali się zrozumieć i poznać kultury aborygeńskiej, zamiast tego za wszelką cenę próbowali ją zdusić, zmuszając do nauki angielskiego, krzewiąc religię chrześcijańską i swoje zwyczaje. Teraz, gdy wreszcie nadeszły czasy, kiedy Australijczycy zaczęli się liczyć z Aborygenami i doceniać ich wyjątkowość, jest już za późno! Z tego co udało nam się zaobserwować, w tej chwili otrzymujemy już tylko szczątkowe informacje o nich.

Aborygeńskie kolory na ręce PrzemkaW końcu dotarliśmy do Window on the Wetlands Visitors Centre. To właśnie tutaj spotkaliśmy się z Aborygenem Graham’em i jego rodziną. Graham jest bardzo przyjazną i skorą do udzielania wyjaśnień osobą. Opowiadał nam między innymi o tym jak Aborygeni wyrabiają instrumenty, a także inne przedmioty codziennego użytku. Niestety mówił szybko i zarówno ja jak i Przemek oraz Tobias mieliśmy problemy z wyłapaniem wszystkich cennych informacji. Graham pokazał nam też jak trąc różne dostępne w tym obszarze substancje, takie jak piaskowiec, kredę, czy węgiel, o piaskowiec otrzymują oni różne kolory „farb” do malowania, ciała i skał. Każdy z nas został umazany czterema kolorami: czarnym, czerwonym, żółtym i pomarańczowym. Z czego czarny (choć nie zawsze) używany jest w żałobie po zmarłych, o których w kulturze aborygeńskiej nie mówi się.

Po wykładnie Graham’a kontynuację opowieści przejęła jego córka, która zapoznała nas z zadaniami pań, czyli tajnikami wyrabiania koszyczków, talerzy, torebek, dywaników oraz zabawek. Co ciekawe torebki, tak zwane dally bags są tak skonstruowane, że nosi się je zawieszone na szyi albo głowie, aby nie trzeba ich było nosić w rękach. Starała się nam przekazać również informacje dotyczące interpretacji aborygeńskich snów i kolorów dobieranych do ich tworzenia. Teraz wiemy, że w czasie pory deszczowej Aborygeni mają możliwość otrzymywania większej ilości kolorów traw, a właściwie liści Pandanus’a. Do ich farbowania mogą wówczas wykorzystywać całą masę owoców. Liście Pandanus’a zrywają, rozdzielają, gotują i w zależności od tego jaki chcą otrzymać kolor, takie dodają owoce, następnie suszą, a po odpowiednim czasie można już pleść koszyczki. Brzmi prosto i banalnie, ale takie nie jest. Wprawnej plecionkarce zrobienie jednej torebki dally może zająć nawet cztery miesiące!


Następnie obejrzeliśmy wystawę występującej na tym obszarze fauny i flory, po czym znowu w drogę, tym razem czekał na nas rejs po Mary River.

Od Damo dowiedzieliśmy się, że Aborygeni z tych obszarów w XX wieku upomnieli się o swoje tereny. Obecnie Kakadu National Park i Litchfield National Park są własnością społeczności aborygeńskiej, która niemalże autonomicznie zarządza tymi obszarami. Wyjątkiem są nieliczne obszary dzierżawione przez rząd australijski, na których wydobywany jest na przykład uran.

Mary RiverZ Window on the Wetlands Visitors Centre do Mary River Wetlands jest około 200 km i znowu zmęczenie było silniejsze, ale nic nie szkodzi, bo zawsze na czas Damo nas budził (nie tylko my spaliśmy w trasie :)) i zaczynał opowiadać. Tym razem parę słów o Mary River National Park. To tereny podmokłe pełne ptaków i dzikiej przyrody. Park jest dostępny przez cały rok i w miarę zmieniających się pór roku wykazuje cykliczne zmiany flory i fauny. Mary River jest rajem dla wędkarzy, a rejsy oferowane na rzece to świetny sposób, aby nacieszyć się pięknem okolicy i doświadczać bliskości natury, chociażby takiej jak spotkanie z krokodylami słonowodnymi. Rejon rzek i terenów podmokłych przyciąga wiele rzadkich gatunków ptaków, nam też udało się zobaczyć ich dość sporo. Dojazd nad rzekę możliwy jest tylko pojazdem z napędem na cztery koła, gdyż jedzie się, jak to Przemek określił żwirówką. Pomiędzy podskokami na fotelu, zdeterminowany i uważny obserwator jest w stanie wypatrzyć sporo zwierząt, ja widziałam szczególnie dużo kangurów.

W trakcie rejsuNa miejsce Corroboree Billabong, dotarliśmy trochę przed czasem, ale na całe szczęście rejs specjalnie dla nas też rozpoczął się wcześniej. To co widziałam to po prostu bajka. Niesamowita różnorodność roślin ptaków między innymi: długoszpon koralowy (ang. Comb-crested jacana, abor. Garlarrwidwid), żabiru czerwononogi (ang. Black Nacked Stork, zwany Jabiru, abor. Djagarna), bielik biało brzuchy (ang. White-bellied sea eagle, abor. Marrawuddi), wężówki (ang. Darter, abor. Garnabaibai), kormoran białolicy (ang. Little pied cormorant, abor. Barrakbarrak), a na deser krokodyl :) Niestety słowa, ani nawet zdjęcia nie są w stanie oddać tego piękna. Nasz przewodnik wycieczki opowiadał nam o każdym z tych zwierząt, mówił też o liliach – olbrzymich liliach, że ich liście nie przepuszczają wody, więc wykorzystywane mogą być jako parasol, lub kubki do picia. Znowu nieco inne lilie mają długą gałązkę z dziurkami w środku, co może posłużyć jako słomka, można też nurkować pod wodą wykorzystując te gałązki do oddychania. A także jak się dowiedziałam są jadalne i wszyscy mieliśmy okazję ich spróbować. Chyba każdy z nas wzdychał w czasie rejsu z zachwytu :)

 


Comb-crested jacana - długoszpon koralowy  Darter - wężówka  (White-bellied sea eagle - bielik biało brzuchy


Mary River Jabiru - żabiru czerwononogi Mary River

Gdy dobiliśmy do brzegu, ruszyliśmy w kierunku naszego pierwszego kampingu,do Point Stuart w Annaborroo tuż przy autostradzie Arnhem Highway niedaleko Kakadu National Park.

I tutaj jakież zaskoczenie, permanentne kempingi! Wykonane z moskitiery, a w środku podłoga z desek z dwóch stron podwyższona na około 50 cm, z materacami na nich, co stanowiło dwa pojedyncze łóżka. Ale ekstra, tego się nikt z nas się nie spodziewał. Wszyscy byliśmy w szoku. Do tego kuchnia polowa jak się patrzy, z grillem, kuchenką gazową, lodówką, dużym stołem i co najważniejsze z wiatrakami (nazwijmy to) na suficie. Obok kempingu skakały wallaby.

W namiocie Wallaby Nasz namiot

Na obiad Damo zaserwował nam kiełbaski z bawoła oraz filety z kangura (ale nie tych kempingowych wallaby), do tego ryż z warzywami. Najedliśmy się do syta i jeszcze raz tyle zostało. Przyznać muszę, że było pyszne, szczególnie kiełbaski. Po obiedzie wszyscy poszli ochłodzić się w basenie, ale nie my. Ja i Przemek zaraz po prysznicu padliśmy jak zabici po wcześniejszej nieprzespanej nocy i tym jakże wyczerpującym i pełnym wrażeń dniu.

Nasz grupa od lewej: Przemek, Ula, Philippa, Dean, Leanne, Terry, Tobias
Niestety mam bardzo lekki sen i w nocy może mnie obudzić byle jaki hałas, więc tym bardziej gdy towarzystwo wróciło z basenu słyszałam ich śmiechy i krzyki, a potem nad ranem ptaki, które informowały nas, że czas wstawać i przygotować się do drogi.

niedziela, 7 listopada 2010

Wyprawa do Top End

Wszystko zaczęło się miesiąc temu, kiedy przeglądając katalogi z biur podróży, zauważyłam, że wycieczki do Kakadu National Park oferowane są tylko od kwietnia do listopada, a spowodowane jest to występującą w tych rejonach porą deszczową. Mieliśmy, więc z Przemkiem wybór: albo spróbujemy wybrać się w te rejony w marcu, licząc na to, że biuro podróży zrobi dla nas wyjątek, albo teraz, albo w ogóle. Uznaliśmy, że nie będziemy ryzykować i jedziemy teraz. Najpierw Przemek dowiedział się, czy może wziąć wolne, a potem już poszło z górki. Biuro podróży, ustalanie szczegółów, kupowanie niezbędnych rzeczy. Od momentu, gdy wszystko było zapięte na ostatni guzik, pozostało już tylko odliczanie mijających dni, aż nadeszła ta wyczekiwana chwila – niedziela 7 listopada 2010 :)

Przemek na stacji RedfernObładowani jak wielbłądy (szczególnie Przemek – dromader w ciąży) ruszyliśmy na stację Redfern złapać pociąg na lotnisko. Akurat, gdy dotarliśmy na miejsce można już było się odprawiać. Po raz pierwszy przyszło nam korzystać z maszyny, zwanej KIOSK, gdzie zaznaczyć musieliśmy, co przewozimy i ile mamy bagażu. Po wstępnej samo-odprawie ustawiliśmy się do kolejki w celu sprawdzenia dokumentów i nadania dużego plecaka, a potem już została tylko kontrola bagażu podręcznego. Wszystko przebiegło bez problemów i na lotnisku mieliśmy jeszcze trochę czasu żeby się rozejrzeć i coś zjeść. Do naszej bramki numer 56 też podeszliśmy nieco wcześniej, skąd mogliśmy już podziwiać startujące i lądujące samoloty.

Nasz lot JQ672
Samolot linii JetStarDługo na wejście na pokład nie musieliśmy czekać i czym się spostrzegliśmy zajmowaliśmy już miejsce w samolocie. Uwielbiam siedzieć przy oknie :) Przez jakiś czas obserwowałam lotnisko, a potem już tylko gwiazdy, których nie były w stanie zasłonić mi chmury, bo były pod nami :) Niestety pora nocna sprawiała, że oczy robiły się coraz cięższe w związku z czym starałam się zdrzemnąć, co w Airbus’ie linii JetStar okazało się niesamowicie trudne. Miejsca na nogi niewiele i brak poduszki niczego nie ułatwiały. Przypuszczam, że można było poprosić o kocyk i coś pod głowę, ale JetStar to linie budżetowe i poza miejscem wliczonym w cenę biletu nic więcej nie jest oferowane, za wszystko trzeba dodatkowo i słono zapłacić na pokładzie. Jedyne, na co się zdecydowaliśmy to woda, która kosztowała nas $3,50 za butelkę. Cztery godziny i dziesięć minut lotu później w końcu wylądowaliśmy u celu – DARWIN stolica Northern Territory :)

Na lotnisku, widok z naszego okna Przemek w samolocie Ja w samolocie

Wychodząc z samolotu, już w rękawie poczuliśmy duchotę, ale nie spodziewaliśmy się, że będzie gorzej. Od razu odebraliśmy plecak i ruszyliśmy ku wyjściu. Po przekroczeniu ruchomych drzwi terminalu poczuliśmy ogromną wilgotność powietrza, jak to Przemek stwierdził: „Jakby ktoś okładał nas mokrym mopem”. Ciężko było oddychać i wszystko momentalnie przykleiło się do nas.

Szybko do taksówki!... Niestety wszystkie już odjechały i przyszło nam czekać w kolejce na następne. W między czasie pojawiła się pani proponująca nam skorzystanie z busu, który zabiera więcej osób, ale każdego zostawia w miejscu docelowym. Nie tracąc czasu, uznaliśmy, że jest to satysfakcjonujące rozwiązanie.

Jadąc do Chilli’s Backpackers (naszego hostelu) zauważyłam, że w Darwin kwitnie cała masa moich ulubionych drzew – plumerii. W Sydney dopiero niektóre zaczęły puszczać listki po zimie, a tu plumeria, za plumerią z pięknymi, dużymi kwiatami. W pewnym momencie kierowca zatrzymał bus na jakimś parkingu za jakimś hotelem i powiadomił nas, że to tu. Wysiedliśmy, wyjęliśmy plecaki z bagażnika, po czym kierowca bąknął coś, jak mamy dojść i zaraz zniknął z resztą pasażerów. Tymczasem my mokrzy od potu, zmęczeni i pozostawieni sami sobie, w obcym mieście o 1.00 w nocy próbowaliśmy odnaleźć dach nad głową.

Mój bilet
Początkowo ruszyliśmy wzdłuż Mitchell Street, szybko jednak spostrzegliśmy, że zmierzamy w złym kierunku, gdyż numeracja zaczynała maleć od około 49 – my zaś szukamy 69. Zawróciliśmy i w końcu natrafiliśmy na, wydawać by się mogło, zbawienny napis „Chilli’s Backpackers”. W środku było jednak ciemno, ni żywej duszy. Przemek zaczął ciągnąć, a potem szarpać za klamkę, co nie uszło uwadze bramkarza z klubu po przeciwnej stronie ulicy. Od razu do nas podszedł i spytał, czego szukamy – chyba chciał być pomocnym. Otóż jak się okazało, dobijaliśmy się do biura spod numeru 57, a hostel miał był kawałek dalej. Niestety jego tłumaczenie, gdzie jest sam hostel, nie było dla nas zbyt klarowne i wydawało nam się, że nas do końca nie rozumie. W związku z tym zanim znaleźliśmy właściwe wejście minęło jeszcze kilka dobrych minut. Niestety te drzwi również były zamknięte, jednak tym razem udało nam się zlokalizować tylną bramkę – nocne wejście. Oczywiście ona też była zamknięta, ale ponieważ widzieliśmy przez płot żywe istoty, zaczęliśmy krzyczeć – ale nie za głośno :).

Ostatecznie zostaliśmy uratowani przez chudego brodacza zionącego chmielem, który okazał się pracownikiem Youth Shack. Jeszcze tylko formalności i biegiem do pokoju nr 214. Nie wiem, która była dokładnie godzina, przypuszczam, że około 2.00 w nocy, więc od razu padliśmy na łóżko, chcąc, choć trochę odpocząć przed kolejnym dniem. Żeby nie było nam za dobrze, z kranu cały czas kapała woda – co jest ulubioną torturą Przemka. Na szczęście na to znalazła się szybko rada – chusteczki higieniczne. Niestety na drugą niedogodność, powszechną duchotę, już nie dało się nic poradzić, trzeba postarać się jakoś zasnąć, bo rano nikt nas nie będzie pytać o kondycję.

Budzik nastawiony na 4.45! Może, więc pośpimy choć ze dwie, dwie i pół godzinki…

wtorek, 2 listopada 2010

Melbourne Cup rok później

Jak co roku tak i teraz odbył się w Australii Melbourne Cup.

Tym razem spędziliśmy go zupełnie inaczej. Zarówno dla mnie jak i dla Przemka był to bardzo pracowity dzień. Nawet przez moment nie pomyślałam o tym, że jednak będę miała szansę podziwiać konie w biegu.

Z samego rana Sandi zabrała mnie z Edgecliff skąd ruszyłyśmy w drogę do Botany Bay, czyli około 34 km w jedną stronę. Ponieważ tego dnia odbywały się wyścigi konne, również na torach sydneyskich, dlatego, aby uniknąć korków pojechałyśmy dłuższą trasą o około 15 km.
źródło
Przez cały czas naszej wycieczki (pomijając cel podróży) nie wychodziłyśmy z samochodu i chociaż droga w dwie strony to około 100 km świetnie się przy tym bawiłam. Specjalnie wjechałyśmy na teren Port Botany, gdzie widziałyśmy olbrzymie kontenerowce i mogłyśmy zobaczyć, jak port się rozbudowuje. Mijałyśmy także Botany Cemetery, gdzie korzystając z okazji powiedziałam Sandi o naszym wczorajszym Wszystkich Świętych. Podziwiałam również specjalne plaże dla piesków. W końcu wjechałyśmy na autostradę General Holmes Dr, gdzie mogłyśmy obserwować, jak samoloty podchodziły do lądowania. Sandi nawet specjalnie zwalniała i razem wzdychałyśmy z zachwytu oglądając podwozia gigantycznych maszyn unoszących się nad nami. Dalej z okolic lotniska już tylko wzdłuż brzegu, aż do Botany Bay, zatrzymując się od czasu do czasu, by przyjrzeć się dokładniej ptaszorom, na przykład takim, jak papużki Corella.

Gdy wróciłyśmy do Randwick widziałyśmy sporo pań idących świętować Melbourne Cup. Zresztą w tym dniu nie sposób było ich nie rozpoznać. Wszystkie ubrane elegancko z obowiązującymi ozdobami we włosach. Jednak tym razem niektóre wyglądały dość zabawnie, gdyż rok temu o tej porze było 37 stopni, a dziś temperatura nie przekraczała 20 stopni, w związku z czym większość z nich (przypuszczając, że będzie równie piękna pogoda) miała letnie sukienki z niepasującymi do nich kurtkami lub żakietami. Gdy one tak marzły, my robiłyśmy zakupy w Randwick.

Zbliżała się już godzina 14:00, a o 14:30 zaczynała się prezentacja koni. Usiadłyśmy się na chwilę, aby odpocząć i coś przekąsić. Gdy rozmawiałyśmy przy stoliku, otrzymałyśmy ulotkę z informacją, że można obejrzeć wyścig w publicznej bibliotece. Właściwie czemu, by nie skorzystać? Byłby to przecież grzech opuścić takie wydarzenie.

Gdy dotarłyśmy na miejsce w sali biblioteki było już kilka osób, ubranych odpowiednio do okazji. Tylko my, takie zabiegane, w dżinsach i bez kapelusików – mimo wszystko zostałyśmy wpuszczone. Sandi kupiła nam losy, które ja wylosowałam. Podobno miałam konia, który był faworytem tegorocznych wyścigów, czyli numer 3 „So You Think”. Poza tym trafiły mi się też: 2 – „Campanologist”, 11 – „Descarado” i 18 – „Bauer”. Na pytanie Sandi, który koń będzie dla Przemka stwierdziłam, że żaden ;) Oczywiście tak być nie mogło, dlatego Sandi poszła po losy dla szczęściarza. Przemek miał następujące konie: 4 – „Zipping”, 5 – „Illustrious Blue”, 6 – „Mr Medici”, 8 – „Americain”, 16 – „Profound Beauty”. Przyznam się Wam, że mając losy w ręku i tym samym mając komu kibicować, zawody takie ogląda się naprawdę z zaangażowaniem i ma się również ochotę krzyczeć.

źródło

Przez większą część wyścigu prowadził „Once Were Wild” z numerem 23, ale tak naprawdę wszystko rozegrało się w ostatnich sekundach, na ostatnich 500 metrach. To było niesamowite, nawet nie wiem, gdzie wyparował numer 23 i skąd w czołówce wziął się „Americain”, i co, dlaczego „So You Think” był trzeci?

W tym roku medalowa trójca wyglądała tak:

  • 1 - „Americain” nr 8

  • 2 – „Maluckyday” nr 24

  • „3 – „So You Think” nr 3

Nie wygrałam…, ale olśniło mnie, że 8 to numer Przemka, więc jednak :) I wiecie co, Sandi też wygrała :) Oprócz tego ja miałam konia, który zajął miejsce trzecie i Sandi też :) Obie wracałyśmy do domu z drobnymi prezentami. Sandi dostała torbę-termos, co jest dla niej idealne, bo lubi gotować i jeździć na pikniki. Oprócz tego w torbie termicznej miała butelkę pysznego wina i dwa kieliszki. Przemek dostał bardzo ładne tasmańskie miseczki. Sadni za trzecie miejsce otrzymała książkę, a ja – czekoladki. No i proszę jeden los kosztował dolara, a ile wrażeń i przyjemności dostarczył. I wiecie co? Pomimo, iż w tym roku nie miałam sukienki, ani kapelusika, nie byłam też jak rok temu w ekskluzywnej restauracji, a na dworze było zaledwie 20 stopni, to naprawdę świetnie się bawiłam. Tym bardziej, że wiedziałam, że i Przemek kibicuje swoim koniom u siebie na uczelni w Tea Room’ie.

W drodze do domu kupiłam winko, w końcu wygraliśmy :) i do czekoladek wypadało mieć coś niesłodkiego :)