wtorek, 22 marca 2011

Umykając oku Saurona

Oczekiwanie przed biurem Nomad SafarisKolejny dzień naszego pobytu w Nowej Zelandii zapowiadał się pięknie. Słońce wysoko świeciło na niebie, choć temperatura była typowo jesienna.

Rejestracja Land Rover’a DefenderRano spaliśmy do oporu, aby później tradycyjnie pospacerować po mieście. Około 13.30 czekaliśmy przed hotelem, by odebrał nas ktoś z biura Nomad Safaris. Po jakimś czasie wprowadziłam nieco zamieszania, bowiem na naszym voucherze widniała informacja, że odebrani powinniśmy zostać spod siedziby biura Nomad Safaris, natomiast dzień wcześniej podczas potwierdzania aktualności wycieczki Przemek został poinformowany, że ktoś przyjedzie po nas pod hotel. Uznaliśmy, że najpewniej będzie jeśli pójdziemy do biura, gdzie na wycieczkę czekało już kilka osób. Wkrótce też podjechał po nas Bilbos’em nasz dzisiejszy kierowca i przewodnik Peterray. Gdybyśmy nie przyszli do siedziby Nomad Safaris nic złego by się nie stało, bo Peterray wiedział, że ma nas odebrać spod Base. Jednak dzięki temu, że tak właśnie postąpiliśmy mogliśmy zająć sobie super wygodne miejsca z tyłu Land Rover’a Defender, a tak jeszcze nigdy nie podróżowałam.

No to w drogę!
Peterray poinformował nas, że droga która nas czeka będzie kręta i jeśli komuś zrobi się niedobrze mamy dać mu znać. Zapewniał nas też, że będziemy mięli sporo postoi, więc nie powinno być najgorzej. A zatem w drogę!

 

Jedziemy do GlenorchyNasz pierwszy przystanek miał miejsce tuż za Queenstown nad jeziorem Wakatipu skąd pięknie prezentowała się góra, na którą spoglądaliśmy każdego ranka podczas otwierania okna w naszym pokoju. Jak do tej pory był to dla nas po prostu jeden z wielu otaczających nas szczytów, aż do teraz. „Czy poznajecie te kształty?”, nie bardzo. Otóż w tym właśnie momencie dowiedzieliśmy się, że tu na nowozelandzkiej ziemi mieszkamy tuż pod czujnym okiem Saurona, oto spoziera na nas Władca Mordoru znad gór Mordoru:) Super, choć nagle zrobiło się tak mroczno ;) Kilka pamiątkowych zdjęć i „komu w drogę temu czas”.

Przeziębienie wciąż jeszcze dawało o sobie znać, a kręte drogi rzeczywiście nie należały do komfortowych, ale po tej pierwszej rewelacji, zaczęła zjadać mnie ciekawość, co przyniesie kolejny postój. Wkrótce dowiedzieliśmy się też, że jezioro Wakatipu zostało wykorzystane przy scenach ukazujących Lothlórien, krainę elfów.

Jezioro Wakatipu
BibliotekaNiedługo potem dotarliśmy do Glenorchy, małej miejscowości oddalonej od Queenstown o około 45 km. Glenorchy stało się popularne wśród turystów, w tym i nas, po tym jak lokalne tereny zostały wykorzystane w jednym z filmów Petera Jacksona Władca Pierścieni. Peterray pokazał nam tutejszą bibliotekę, która otwarta jest w środy i piątki od 13.30 do 15.30. Jest to maleńki budynek. Rozkwit tej biblioteki przypadł na 1911 rok, kiedy to skatalogowanych zostało tu prawie 1000 tytułów. Ciekawe ile mają ich teraz? Patrząc na nią od razu przypomniała mi się chatka policyjna na Tasmanii.

Za Glenorchy podążaliśmy wzdłuż rzeki Dart River, do Paradise, aby móc podziwiać miejsca, które wybrano do filmu, tym razem była to sceneria Isengardu. W trakcie drogi napotykaliśmy znaki ostrzegawcze z wymalowanymi na nich krowami i podpisem „CATTLE STOP”, czyli: „bydło stój”. Nasz nowozelandzki przewodnik szybko poinformował nas, że w Nowej Zelandii są najmądrzejsze krowy na świecie, które potrafią czytać i to dla nich stawiane są te znaki, żeby wiedziały, gdzie mają się zatrzymać ;) Szczególną uwagę przykuwał jednak pewien znak z krową podziurawiony jak sito! Jak można się łatwo domyśleć, to tylko syn farmera ćwiczył na nim swoją celność. Mieliśmy tylko nadzieję, że nie ma go w tej chwili na strzelnicy :)

Dalej Peterray odkrywał przed nami kolejne sekrety ekranizacji jakże znanej powieści Tolkiena. Mieliśmy okazję ujrzeć miejsce, gdzie Frodo i Sam znikają wśród drzew tuż za polaną, a także Amon Hen, na którym znajdował się Tron Wypatrywania stąd też nazwa, Wzgórze Wypatrywania. Właśnie tam rozpadła się Drużyna Pierścienia. W gruncie rzeczy widzieliśmy tak wiele interesujących miejsc, wraz z możliwością porównania ich ze zdjęciami z filmu, że w tej chwili nie umiem ich wszystkich przywołać w pamięci. Jednakże każda nowinka wzbudzała ciekawość, a sceneria zapierała dech w piersiach.

  

Gdy ruszyliśmy w drogę powrotną Peterray zatrzymał się na polanie, na której znajdowało się wiele charakterystycznych dla tego rejonu krzewów, widocznych również w filmie. Tutaj nasz przewodnik zaserwował nam drobną przekąskę w postaci kruchych ciasteczek, ciasta figowego (coś à la keks z dużą ilością rodzynek i fig, ulubionego słodkiego ulepku Przemka) i poczęstował ciepłym piciem do wyboru: gorąca czekolada, herbata lub kawa. Opowiedział nam również parę anegdot związanych z ekranizacją Władcy Pierścieni, takich jak odwaga Seana Beana. Otóż Sean Bean wcielający się w postać Boromira boi się latać helikopterami. Niestety dla niego, niejednokrotnie, a wręcz często aktorzy musieli docierać do odległych miejsc, do których najłatwiej jest się dostać właśnie za pomocą helikoptera. Sean Bean korzystał z tego udogodnienia tylko i wyłącznie wtedy, gdy było to absolutnie konieczne, zdecydowanie bardziej wolał siłę swoich mięśni. Tym samym na ośnieżone szczyty dzielny Boromir wspinał się około dwie godziny każdego ranka, bo kostium i makijaż musiały być wykonane wcześniej :) To musiał być niespotykany widok dla załogi helikoptera, dostarczającej resztę aktorów, ale z pewnością z czasem im się przejadł ;)

  

Gdy już kończyliśmy słodki posiłek, Peterray'owi przypomniała się jakaś historyjka związana z wcześniejszymi wycieczkami. Dokładnie nie pamiętamy o czym ona była, więc jej nie przytoczę tu w całości. Sęk w tym, że gdy jeszcze opowieść dobrze się nie zaczęła, gdyż Peterray dopiero wprowadzał nas w informacje o składzie grupy, usłyszeliśmy co następuje (zapis fonetyczny, bo będzie lepiej brzmiało): … aj hed a grup of gerls... aj had seks... Co w wolnym tłumaczeniu oznaczałoby: … miałem grupę dziewczyn... miałem seks... No dobrze, ale coś w tym momencie przestało mi pasować w dalszej części historyjki! Chyba tylko dlatego z opóźnieniem, ale dotarło do mnie, że coś jest nie tak z wymową naszego przewodnika, gdyż powinien zamiast „seks” powiedzieć „siks”. Gdy po skończonej opowieści odwróciłam się do Przemka, od razu poznałam z jego uśmiechu, że się wcześniej nie przesłyszałam :) Jak się później okazało, Nowa Zelandia jest bardzo wyzwolonym krajem, co szczególnie słychać, gdy narratorzy reklam czytają numery telefonów z dużą liczbą szóstek :D Co ciekawe słowo „seks” po nowozelandzku brzmi tak samo jak angielskie „siks” :D


Ruszając w dalszą drogę Peterray nie mógł oprzeć się pokusie pochwalenia się swoją dużą zabawką ;) Pokazał nam mianowicie magiczną sztuczkę wykonaną przez... nie kogo, tylko co? :) Przez jego Land Rover’a Defender. Zjeżdżając na pierwszym biegu z górki zdjął nogi z pedałów, a samochód sam zjechał powolutku. Nie byłby mężczyzną, gdyby przemilczał tak ważny fakt. Nieprawdaż? ;)

Daleko nie zajechaliśmy, bowiem tuż „za rogiem” lub jak kto woli za zakrętem czekał na nas kolejny postój. Tym razem znajdowaliśmy się w lesie, w którym zginął Boromir. Rosną tu wiecznie zielone liściaste drzewa, o których pisał Tolkien, choć pewnie sam nie przypuszczał, że jego fantazja ma odzwierciedlenie w naturze. Drzewa te nazywają się puriri, ich liście są delikatne, jasnozielone i lekko ząbkowane na obrzeżach. Puriri zrzucają złotawe listki, ale nigdy wszystkie jednocześnie, dzięki temu drzewa te są wiecznie zielone, a pod nim znajdują się ich żółte liście. Podobno Peter Jackson jako fan ekologii i perfekcjonista, zalecił by do scen z cudownymi drzewami usunąć naturalne liście, a zamiast nich nanieść podrasowane żółcią i złotem imitacje. Po skończonych ujęciach podróbki zostały ponownie zastąpione wcześniej zebranymi listkami puriri. Wow!

 

Prócz niesamowitych liści bez trudu zauważyć się dało, że puriri ma bardzo rozbudowany system korzeniowy rozrastający się na ziemi. Gdy przeprowadzono pierwszą próbę nakręcenia sceny pościgu i walki, aktorzy wcielający się w olbrzymie orki mieli spore problemy. Maski na twarzach miały jedynie wąskie szparki, przez które aktorzy niewiele mogli zobaczyć. W związku z tym przebrani w ciężkie kostiumy, usiłując biec za hobbitami w gąszczu gałęzi, co chwilę przewracali się o korzenie. Ostatecznie tuż po słowie „akcja” nagle okazywało się, że operator kamery nie ma nikogo w kadrze, gdyż wszyscy ci groźni orkowie leżą na ziemi :)

No cóż to by było na tyle, a zatem czas wracać do Queenstown. Powrót nie należał do łatwych. Moje przeziębienie już bardzo mi dokuczało, czułam się też przemęczona, a do tego kręta droga z ograniczeniami do 100km/h, oczywiście tylko na zakrętach, dodatkowo robiła swoje. O dziwo i na całe szczęście Peterray zatrzymał się jeszcze w jednym magicznym miejscu. Pamiętacie scenę, w której Frodo Baggins, Samwise Gamgee oraz Gollum (Sméagol) obserwują walkę, w której biorą również udział dwa oliphauntusy? Otóż właśnie tutaj przywiózł nas Peterray, na miejsce zasadzki w Ithilien Oczywiście można było się rzucić w te same krzaki, wśród których leżeli Elijah Wood - Frodo Baggins i Sean Astin - Samwise Gamgee (Sam), ale nie było chętnych :)


Stąd już tylko żabi skok do Queenstown, na całe szczęście.

Po dotarciu na miejsce udaliśmy się prosto do supermarketu. Normalnie zaopatrywaliśmy się we Fresh choice na 64 Gorge Road, tym razem poszliśmy do sklepu Alpine Supermarket znajdującego się nieopodal naszego hotelu Base na Shotover Street. Mają tu nieco droższe produkty, ale nie trzeba daleko chodzić. Odkryliśmy, że można się tu zaopatrzyć w porcje obiadowe za niespełna $5,00. O rety! Warto wiedzieć, może się przydać na przyszłość. Tym razem poprzestaliśmy na niezbędnikach i wróciliśmy do hotelu. Musiałam odchorować dzisiejszy dzień, aby mieć siłę na jutro. Podczas, gdy mnie zmogła zmora, Przemek oglądał telewizję, również w języku Maorysów :) a na reklamach śmiał się z nowozelandzkiej wymowy :D


źródło


poniedziałek, 21 marca 2011

Podniebny śnieg

Nasz hotelDzień trzeci w Nowej Zelandii zupełnie nas zaskoczył. Rano, o świcie, zadzwoniliśmy do biura Glacier Southern Lakes Helicopters, aby dowiedzieć się jak wygląda sytuacja naszej kolejnej wycieczki. Okazało się, że z uwagi na pogodę, a dokładniej zachmurzone niebo, nasza dzisiejsza atrakcja została przełożona na późniejszą godzinę.

Właściwie nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Podczas rozmowy przez telefon okazało się, że nie do końca mieliśmy zarezerwowaną taką wycieczkę jakiej oczekiwaliśmy. Póki co jednak specjalnie się niczym nie przejmowaliśmy i wróciliśmy do łóżka. Wczorajszy dzień tak nas wymęczył, że nie mieliśmy najmniejszych problemów z ponownym zaśnięciem. Kiedy budzik zadzwonił po raz drugi tego ranka, Przemek wykonał kolejny telefon, ale tym razem po wspólnej naradzie uznaliśmy, że raz się żyje! Koniecznie trzeba zmienić trasę, bo kolejna taka szansa może się nie powtórzyć. Na całe szczęście w biurze nie było z tym najmniejszego problemu, a zatem klamka zapadła. Musieliśmy jednak jeszcze trochę zaczekać.

Dzień Prowincji OtagoAby czas minął nam szybciej postanowiliśmy przespacerować się do miasta i pozałatwiać kilka formalności, jak choćby wysłanie kartek do rodziny, czy sprawdzenie, gdzie znajduje się Kiwi Park. You haven’t seen the ½ of it! Come and see Tuatara the ‘Living Dinosaur’Z tym pierwszym nie poszło nam łatwo... Poczta była zamknięta z powodu Otago Anniversary Day, czyli Dnia Prowincji Otago. Na całe szczęście nie było, aż tak źle jak wówczas, gdy byliśmy w Devonport, tym razem większość restauracji, sklepów i biur funkcjonowało normalnie.

Postanowiliśmy wykorzystać jeszcze trochę wolnego czasu na wstępne zwiedzenie Queenstown. Już od pierwszego dnia zauroczyły nas otaczające miasto góry, a teraz spokojnie mogliśmy nacieszyć się tym widokiem. Na jednej z nich zorganizowana została atrakcja dla turystów, kolejka linowa. Można, więc bez wysiłku dostać się na nią i potraktować jako punkt widokowy, lub udać się do centrum Maorysów, albo skoczyć na paralotni. Tuż przy kolejce znajduje się park, którym byliśmy zainteresowani Kiwi Birdlife Park. W celu zachęcenia turystów do odwiedzenia tego obiektu przed wejściem do rezerwatu znajduje się samochód z połową gada na dachu, a na nim widnieje napis: You haven’t seen the ½ of it! Come and see Tuatara the ‘Living Dinosaur’ (Nie widziałeś drugiej połowy! Przyjdź i zobacz Tuatara ‘Żyjącego Dinozaura’). Wejście do parku to krótki tunel z wizerunkiem ptaka kiwi. Bardzo zaskoczyła nas informacja, że aby sfotografować się z podobizną symbolu Nowej Zelandii, należy zapłacić $1,00. No cóż chęć posiadania pamiątki była silniejsza, niż noszenia ciężkiej monety w portfelu. Wrzuciliśmy, więc okrągłą błyskotkę do skrzynki i wypadło, że tym razem to Przemek będzie pozował :)

Wejcie do Kiwi Birdlife Park
Zegarek mówił nam, że trzeba wracać do hotelu zjeść coś i przygotować się do drogi. Na lunch zafundowaliśmy sobie bułeczkę z nuttelą, zabraliśmy aparat, kamerę i kilka cieplejszych rzeczy, po czym udaliśmy się przed hotel. Już po chwili wypatrzyliśmy samochód firmy Glacier Southern Lakes Helicopters, ale przejechał koło hotelu nie zatrzymawszy się. Początkowo sądziliśmy, że jedzie jeszcze odebrać innych pasażerów i wkrótce po nas wróci. Kiedy jednak przejechał przed nami jeszcze kilka razy wiedzieliśmy, że po prostu szuka właściwego adresu. Na całe szczęście po nie tak długich poszukiwaniach, kierowcy udało się i wreszcie siedzieliśmy w busie, który zawiózł nas na lotnisko.

Gotowi do lotu
W biurze Przemek załatwił ostatnie formalności, wpisaliśmy się na listę, podpisaliśmy kolejne cyrografy i udaliśmy do naszego nowego środka lokomocji, jakim był helikopter. Ani ja, ani Przemek nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji latać helikopterem, oboje byliśmy bardzo podekscytowani.

LecimyNa początku nasz pilot wyjaśnił nam zasady wysiadania i wsiadania do helikoptera oraz poinstruował, gdzie są słuchawki, przez które mieliśmy komunikować się w czasie lotu. Podobało mi się wszystko od pierwszego momentu lecz, gdy w końcu wznieśliśmy się w powietrze zrozumiałam, że to jedna z najlepszych atrakcji jakie sobie zafundowaliśmy :) Spore szyby dawały nam szerokie pole widzenia, gdy zakręcaliśmy miałam wrażenie, że znajdujemy się tuż nad szklaną podłogą, widziałam każdy szczegół tego, co dzieje się na ziemi. Wkrótce jednak znaleźliśmy się wśród szczytów gór, po prostu rewelacja! Niesamowite uczucie, gdy helikopter zatrzymywał się tuż przed skałami i zawisał w powietrzu! Aż chciało się wyciągnąć rękę i dotknąć tych ścian, przecież byliśmy tuż, tuż koło nich, cóż więc miało stanąć nam na przeszkodzie? Wreszcie po ponad dwóch latach mieliśmy okazję podziwiania śniegu, który nieco raził w oczy, oświetlany słońcem.

Lodowiec Lodowiec

  

Lodowiec
Zza niektórych szczytów spozierały na nas jeziora, wcześniej mijaliśmy rzekę, która wyglądała jak błękitna wstążka upuszczona przez małą dziewczynkę. Wreszcie naszym oczom ukazał się lodowiec, cel naszej wyprawy. Zadziwiła mnie wielkość tej rzeki lodu oraz niesamowite szczeliny pomiędzy poszczególnymi jej częściami. W planach mieliśmy lądowanie na tej formacji, niemniej jednak miałam nadzieję, że pilot tego nie zrobi. Nieco, a może nieco bardzo przerażały mnie rozmiary tych wyrw. Na całe szczęście zamiast na lodowcu wylądowaliśmy na górze nieopodal, tym samym dnia dzisiejszego zdobyliśmy trzytysięcznik :) Spodziewałam się, że będzie tu wyjątkowo zimno, dlatego miałam ze sobą podkoszulkę, koszulę, bluzę i kurtkę, które okazały się być zbyteczne. Tak wysoko, a tak ciepło, następnym razem będę wiedziała ;)

  

Niespełna godzina naszych podniebnych przygód minęła bardzo szybko, ale naprawdę było warto i wspominać będziemy to jeszcze bardzo długo. Po powrocie do hotelu chcieliśmy podobnie jak dnia poprzedniego najeść się na miejscu, za $5, niestety tym razem poinformowano Przemka, że owszem ta oferta jest aktualna, ale przy kupnie piwa. Oboje byliśmy podziębieni dlatego piwo było ostatnią rzeczą, na której nam zależało. W związku z tym postanowiliśmy, że zjemy małe co nieco na mieście. Spacerując wzdłuż jeziora oraz ulicami Queenstown natrafiliśmy na knajpkę, w której oboje zamówiliśmy sobie chicken schnitzel, było pyszne dobre i dużo :)


Ciekawe co przyniesie kolejny dzień.

  

niedziela, 20 marca 2011

Niepewny port

No to zaczynamy... wczesna pobudka :) czyli to co Ula i Przemek lubią najbardziej! Już prawie za tym tęskniliśmy ;)

Dzisiaj budzik nie dawał nam spokoju od 5.30. Na całe szczęście siedziba firmy Real Journeys, w której wykupiliśmy wycieczkę była tuż za rogiem. Gdyby nie to, przyszłoby nam wstać znacznie wcześniej. Poza tym mieliśmy już gotowy lunch na dziś, co również pozwoliło nam na dłuższe leniuchowanie i nieprzejmowanie się o późniejszy posiłek.

O poranku, gdy jeszcze słońca na niebie brak, błądziliśmy w poszukiwaniu biura. Dzień wcześniej przekonani byliśmy, że wszystko dokładnie sprawdziliśmy, rzeczywistość jednak czasami płata figle. W końcu w budynku, po którym się błąkaliśmy udało nam się odnaleźć cel. W siedzibie Real Journeys, nie było jeszcze nikogo oprócz nas i pracowników. Przynajmniej załatwiliśmy formalności od ręki i zajęliśmy sobie miejsca siedzące, a tych z czasem zabrakło dla kolejnych nadciągających osób.

Naszym kierowcą dzisiaj był Paul, ale nie przez całą część drogi. Właściwie niewiele wiem, co działo się w trakcie pokonywania większości naszej trasy, ponieważ dopadła mnie zmora. Za to Przemek wytrwale podziwiał wschód słońca na nowozelandzkim niebie. Gdzieś w trakcie drogi, przy polu nasz autobus zatrzymał się i osoby, które wybierały się do Doubtful Sound, w tym my, musiały zmienić autobus z prawdziwego zdarzenia na bus o tym samym standardzie, ale mniejszych gabarytach. Pozostali pasażerowie ruszyli w dalszą drogę do Milford Sound.

W drodze do Doubtful Sound
Na dalszej trasie naszym kierowcą był Lorenz, ale jak się szybko okazało również nie do końca naszej trasy, ponieważ drogę zagrodziło nam jezioro, przepiękny zbiornik wodny Lake Manapouri. Tutejsi Maorysi nazywają je Moturau co oznacza „wiele wysp”. Nazwa ta oddaje specyfikę tego miejsca, bowiem z Manapouri wyrasta wyspa koło wyspy, a to dopiero przedsmak tego co ma nastąpić. Co ciekawe owe wyspy Nowozelandczycy starają się oczyścić ze szkodników takich jak: wydry, kuny i naszych ukochanych pałanek, a wszystko po to by zasiedlić je ptakami kiwi, których jajka są dla tych pierwszych przysmakiem. Oboje trzymamy kciuki za powodzenie ich planu :)

Manapouri Power StationJezioro przepłynęliśmy katamaranem Fiorland Flayer zbudowanym w 1985 roku, a stamtąd dalej ponownie autobusem. Przyszło nam jednak trochę czekać, bowiem jeden autobus okazał się niewystarczający, skąd nagle znalazło się nas tylu? Z małego busa dwa duże autobusy? Jedyne rozsądne rozwiązanie jakie przychodziło mi do głowy to takie, że właśnie na łodzi spotkali się turyści z różnych miast. W międzyczasie, czekając na transport, mogliśmy popodziwiać niesamowitą konstrukcję wydzierającą się z jeziora Manapouri u podnóża góry. Przez dwa dziesięciokilometrowe tunele odprowadzana jest woda do Doubtful Sound, jest to jedna z główna część elektrowni wodno-elektrycznej. W 1959 roku z uwagi na elektrownię planowano podnieść poziom wody w jeziorze o około 30 m. Decyzja ta wywołała liczne protesty ekologów, dzięki czemu po dzień dzisiejszy poziom wody jest kontrolowany i zbliżony do naturalnego.

W końcu nadjechał drugi autobus i mogliśmy ruszać w dalszą drogę. Tym razem za szofera mieliśmy, bardzo sympatycznego i rozrywkowego Johna, który nie omieszkał wspomnieć o zasadach bezpieczeństwa. Z kamienną twarzą tłumaczył, że pasy przy siedzeniach podczas jazdy mają być zapięte, gdzie znajdują się wyjścia bezpieczeństwa i gaśnice oraz, że gdy pojawią się maski tlenowe oznacza to, że jesteśmy w wielkim niebezpieczeństwie ;)

Droga od jeziora do Doubtful Sound była kręta i bardzo malownicza, a ponieważ siedzieliśmy tuż za kierowcą doskonale widzieliśmy piękno otaczającej nas okolicy. W pewnym momencie przez drogę przebiegł kiwi i tego nam było potrzeba, typowo nowozelandzki ptaszek już w drugim dniu naszego pobytu w tym kraju. Wkrótce zatrzymaliśmy się przy punkcie widokowym, a tu naszym oczom ukazały się Doutful Sound.

Widok na Doubtful Sound
Doubtful Sound to bardzo duże, imponujące fiordy, większe niż bardziej dostępne i popularne Milford Sound. Pierwotnie fiordy te zostały nazwane przez kapitana Cooka w 1770 roku Doubtful Harbour, czyli niepewny port, gdyż przypuszczał, że wiatry w kierunku morza występują w nich rzadko i dlatego nie wpłynął w nie. Jak się okazało później Cook nie mylił się.

No to w drogęFiordy te, cechuje mieszanie się wód słodkiej i słonej, a co ciekawe słodka woda spływająca z okolicznych gór zabarwiona garbnikami pochodzącymi z tutejszych lasów oraz cięższa słona woda tak naprawdę prawie się nie mieszają, lecz tworzą dwie warstwy. Woda słodka znajduje się na górze, a ciężka słona stanowi dolną warstwę. Fiordy Doubtful zachwyciły nas swoim pięknem, wieloma wspaniałymi wodospadami oraz niezliczoną ilością delfinów bultonosych, które przez jakiś czas towarzyszyły nam w naszym rejsie :) To było niesamowite uczucie, zdecydowanie lepiej było je widać od delfinów, które mieliśmy możliwość podziwiać podczas naszej wycieczki na whale watching. Płynąc dalej wśród otaczających nas polodowcowych piętrzących się wzgórz i gór dotarliśmy do samego ujścia Morza Tasmana. Ku naszemu zaskoczeniu, na jednej ze skał wylegiwały się foki, cała masa fok! Jeszcze nigdy w naturze nie widziałam tych niesamowitych zwierząt cieszących się wolnością, swobodą, a tu korzystały ze słońca, pluskały się bezmiarze wody morskiej. Cudo!

  

 

  

W drodze powrotnej odbiliśmy w jedną z odnóg. Tam to kapitan wyłączył silniki i pozwolił nam wsłuchać się w to, co mają nam do powiedzenia fiordy. Smutne jest to, że zanim do Nowej Zelandii sprowadzone zostały szkodniki, słychać było tutaj masę ptaków, obecnie, aby móc je usłyszeć trzeba wyłączyć wszystko, co może zakłócić tę muzykę. To nie był jednak koniec atrakcji, ponieważ delfiny postanowiły nas jeszcze raz zobaczyć, a parę chwil później dołączyły do nich pingwiny, które również pluskają się tych wodach.

Doubtful Sound
Przemek w elektrowniNie wiem nawet kiedy przyszło nam wracać, ale pokonanie około 200 km było tego warte. Wracając zahaczyliśmy jeszcze o elektrownię, o której już wspominałam. Manapouri Power Station Przemek w tunelu prowadzącym do elektrowniznajduje się pod ziemią, aby do niej dotrzeć należy pokonać bardzo długi, spiralny tunel. Jest to druga pod względem wielkości elektrownia nowozelandzka, ale największa elektrownia wodna w Nowej Zelandii. Wybudowanie tunelu, włącznie z podziemnym holem oraz dwóch tuneli odprowadzających wodę zajęło 8 lat. W trakcie tych prac zginęło szesnastu robotników. My mieliśmy to szczęście, że przyszło nam zobaczyć, jak prezentuje się siedem turbin w głównej hali i oczywiście pokonanie tunelu.

Droga powrotna do Queenstown przebiegała dokładnie tak samo jak do Doubtful Sound, z tą jednak różnicą, że tym razem nie spałam i podziwiałam piękno południowej Nowej Zelandii. Zaskoczyła mnie spora ilość wypasanych owiec oraz czego w ogóle się nie spodziewałam, pastwiska z sarnami. Piękny i niecodzienny widok. Staraliśmy się z Przemkiem uchwycić na zdjęciu choć jedno z tak wielu, ale w jadącym pojeździe nie było to wcale łatwe.

Sarny Owce Sarny

Do hotelu dotarliśmy bardzo zmęczeni i głodni, pomimo, że na lunch dziś mieliśmy spaghetti. Na całe szczęście w hotelu za $5,00 można było kupić obiad, tym samym dzisiaj posililiśmy się shepard pie, czyli danie z mięsa, tłuczonych ziemniaków i warzyw. Po tym nie pozostało nic innego jak tylko wykąpać się i iść spać :)