sobota, 22 stycznia 2011

Are you looking at me?

„Odkryj fascynującą historię i piękno alejek sydnejskich (…)” - tak do obejrzenia projektu „Are you looking at me?” CityArt zachęcała informacja w Internecie.

Dziewięciu wybranych przez Barbara Flynn artystów za pomocą światła, dźwięku, tekstu oraz obrazów przeobrazić miała niektóre sydnejskie alejki ze zwykłych szarych w bardziej interesujące. Przerysowaliśmy, więc mapę z Internetu, zapisaliśmy sobie gdzie i na jakiej uliczce co można znaleźć, i ruszyliśmy do miasta.

W pierwszej wąskiej dróżce Temperance Lane, dość obskurnej do tego stopnia, że nawet zastanawiałam się, czy Przemek oby na pewno dobrze odczytał mapę, przywitało nas pulsujące koło. Niestety trafiliśmy dobrze, bo opis podawał, że w Temperance Lane rytm pulsującego koncentrycznego okręgu, będącego wizualizacją Miles Davis, niesie zakodowane, „niejawne”, podwójne przesłanie. Nigdy nie rozumiałam sztuki współczesnej. Dla mnie nie było to ani ładne, ani twórcze, a tym bardziej nie dostrzegałam w tym żadnego ukrytego, czy też jawnego znaczenia. Na dodatek chciałam stamtąd szybko uciekać ;)

Niezrażeni pierwszym podejściem z uśmiechem na twarzy, poszliśmy do kolejnego punktu Wynyard Lane. W tej to alejce umieszczony był duży wiszący szyld z trzema napisami Har Bour View, podobno baner ten miał zachęcić mieszkańców do zastanowienia się nad różnymi widokami miasta nie tylko Harbour. Ponownie przekonaliśmy się, że ciężko jest z naszym odczuciem sztuki i jak wcześniej szybko stamtąd uciekliśmy.

W kolejnej alejce zastaliśmy ponaklejane zdjęcia maszyn do pisania na jednym z budynków. Podobno uliczka, w której zostały one wyeksponowane Underwood Street we wczesnych latach XX wieku była tą, w której produkowano właśnie maszyny do pisania tej marki.

Nie będę Wam jednak opisywała wszystkich dziewięciu dzieł, uważam bowiem, że nie są one tego warte. Nam podobały się szczególnie dwie ekspozycje Rush, znajdująca się na Bridge Lane oraz Milk and the town that went mad z Underwood Street. Pierwsza, której autorem jest Nike Savvas, to sufit stworzony z wielu kolorowych pasków powiewających na wietrze. Pomysł prosty, a efekt tańczących wstążek bardzo ciekawy. Drugi projekt Milk and the town that went mad, to stworzony na rurze stół, na którym znajdowały się same popielniczki, a obok krzesełka, na których można było usiąść i odpocząć. Oczywiście siedzenie nad papierosami nie jest niczym przyjemnym, jednakże cierpliwa osoba po jakimś czasie usłyszy dźwięk dobiegający z głośników, a jest to recytowany wiersz Dylan’a Thomasa. Artystka Mikala Dwyer chciała zobrazować potrzebę poezji i marzeń, nawet w miejscu takim jak ta obskurna alejka.

 


Ogólnie byliśmy zawiedzeni tym, co widzieliśmy i żeby poprawić sobie humor poszliśmy na The Domain posłuchać symfonii Sydney Symphony and Sydney Philharmonia Choirs. Orkiestra grała naprawdę ładnie, można było się zrelaksować i nie myśleć o wcześniejszej „sztuce”. Tym razem jednak nie mieliśmy ze sobą kocyków, dlatego tylko pospacerowaliśmy po placu ciesząc się dźwiękami unoszącymi się w powietrzu. Następnym razem na pewno będziemy mieli ze sobą nasze małe niebieskie zdobycze i zostaniemy tu trochę dłużej, a tego wieczoru postanowiliśmy wykorzystać ładną pogodę i uwiecznić miasto nocą.

  

 

piątek, 21 stycznia 2011

Telefonia komórkowa w Australii pre-paid - suplement

W kwietniu 2010 roku napisałam parę słów na temat telefonii komórkowej w Australii. Nie rozpatrywałam wówczas dokładnie każdej z sieci skupiłam się raczej na Vodafone ponieważ jej klientami jesteśmy. Jeden z czytelników zauważył, że korzystniejszą ofertę ma Virgin Mobile, za tę informację serdecznie dziękuję.

Wówczas pisałam o ciekawostkach typu naliczanie co 30 sekund, flagfall, dokument tożsamości przy kupnie pre-paid, itp. Większość z tego praktycznie się nie zmieniła, także zainteresowanych odsyłam do mojego posta. To o czym chciałam wspomnieć tym razem to jeden z parametrów, którego w momencie podejmowania decyzji nie byliśmy w stanie sprawdzić. Dziś, po niemalże dwóch latach korzystania z telefonii komórkowej w Australii, byśmy mu się dokładnie przyjrzeli. Cóż to takiego? To proste – zasięg.

Sieć Vodafone pomimo swojej ciekawej oferty nie zapewnia klientom zasięgu wszędzie. Przekonaliśmy się o tym na naszych wyjazdach, podczas których wiecznie byliśmy odcięci od świata. Nawet nie tak daleka wycieczka poza miasto dawała te same rezultaty. Nie wiem, jak to wygląda w sieci Virgin Mobile, o której wspominał Jacek. To czym mogę podzielić się z Wami dziś to fakt, że jak do tej pory w miejscach, które odwiedziliśmy zasięg mieli wyłącznie klienci Telstra, albo telefony zagraniczne z włączonym roamingiem.

Jeżeli, więc zamierzacie przyjechać do Australii w celach podróżniczych radziłabym Wam zapłacić trochę więcej i cieszyć się z dostępu do cywilizacji.

środa, 19 stycznia 2011

Movies by the Boulevard

Od 08.01. do 23.01. codziennie na terenie Sydney Olympic Park odbywa się projekcja filmów, pod chmurką. Kino na świeżym powietrzu pod gwiazdami jest za darmo, jedyne co należy mieć to: kocyk lub krzesełko, a nawet i to nie jest konieczne, jeżeli komuś nie przeszkadza siedzenie bezpośrednio na trawie. My cierpliwie czekaliśmy na Bran Nue Dae, który wybraliśmy po żmudnej analizie repertuaru i wcześniejszym obejrzeniu zwiastuna.



Zaopatrzeni w nasze niebieskie ANZ-kocyki, które z takim trudem zdobyte zostały przez Przemka w minioną sobotę, udaliśmy się do centrum handlowego po małą przekąskę. Przecież nie można oglądać filmu bez małego co nieco ;) Wcześniej mieliśmy już przygotowane dip-y, czyli gęste sosy, w których macza się krakersy, czy raczej sucharki. Do tego zaopatrzyliśmy się też w ciastka, zabraliśmy ze sobą herbatkę i jedyne czego nam brakowało, to coś słodkiego na ząb. W Coles złapaliśmy pyszne karmelowe Tim Tam, no i w końcu z pełnym ekwipunkiem udaliśmy się na stację Central.

EkranTeren Sydney Olympic Park jest dość spory, a gdy dotarliśmy na miejsce zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nie wiemy, w którym dokładnie miejscu ma się odbywać projekcja filmu. Uznaliśmy, że najbezpieczniej będzie iść za tłumem, który wysypał się z pociągu. O dziwo wszyscy kierowali się w stronę głównego stadionu „ANZ Stadium”, co było dla nas nieco podejrzane. Obszar dla kocyNa całe szczęście rozglądałam się bacznie dookoła i dojrzałam ekran oraz nielicznych ludzi zgromadzonych na placu obok stadionu, oczywiście z kocykami. Od razu zmieniliśmy kierunek i tradycyjnym zwyczajem zajęliśmy strategiczne miejsce. Będąc właściwie przygotowani na środku naszego pledu urządziliśmy małą jadłodajnię. Niebo dziś było bardzo ładne, powoli dzięki zachodzącemu słońcu zmieniało swoje kolory. Na placu harcowały dzieci i stopniowo zbierało się coraz więcej osób. Bardzo podobało mi się to, że w przeciwieństwie do The Domain tu były wydzielone sektory dla: koców, niskich krzesełek, wysokich krzesełek. Dzięki temu nikt nikomu nie zasłaniał.

  

  

W końcu, wraz ze zmrokiem rozpoczęła się główna atrakcja wieczoru. Bran Nue Dae to ekranizacja musicalu z 1990 roku. Nie będę się wdawała w szczegóły, aby nikomu, kto będzie miał szansę obejrzenia tego filmu nie popsuć atrakcji. Wspomnę jedynie, że to świetna australijska komedia, przy której szczerze się z Przemkiem śmialiśmy, a do tego miła wpadająca w ucho muzyka. No i świetna gra aktorska, wprawdzie krótkiego epizodu, ale zawsze, Magdy Szubanski, w której oczywiście płynie polska krew. Oglądanie umilała nam przyroda, a to przelatujące przed ekranem gęsi, to znowu małe robaczki, które intensywnie świeciły (oczywiście przez smugę światła padającą na ekran), a nad nami co jakiś czas śmigały nietoperki, czyli bombowce, jak to Przemek zwykł je nazywać.


Wiem, że w Polsce czasami organizowane są tego typu imprezy, także szczerze każdemu polecam obejrzenie filmu pod chmurką.

  

sobota, 15 stycznia 2011

Po australijsku

ScenaSydney Festival trwa na całego! Dzisiaj wciąż jeszcze czuliśmy zmęczenie po intensywnym tygodniu, dlatego nie spieszyło nam się z wychodzeniem z domu. Oczywiście cały dzień w czterech ścianach również nie wchodził w rachubę, dlatego (dopiero pomiędzy 16.00, a 17.00) na spokojnie spacerowym tempem skierowaliśmy się w stronę The Domain.

Arrebato Ensemble - widok z telebimuTydzień temu na The Domain można było wypożyczyć krzesełka, zastanawialiśmy się więc, czy nie skorzystać dziś z tej opcji, tym bardziej, że poprzednio spacerowaliśmy po całym centrum, a dziś chcieliśmy posiedzieć na trawie. Wkrótce zauważyliśmy, że tuż przed wejściem na plac rozdawane są kocyki i małe lornetki z logo głównego sponsora ANZ. Pani, która zajmowała się rozprowadzaniem tychże gadżetów, poinformowała nas, że wystarczy wysłać sms-a pod numer widniejący na plakacie. Długo nie zastanawiając się postanowiliśmy, że Przemek sprzeda swój numer i najwyżej do końca naszego pobytu będzie miał darmowe speakingi. Nie wiemy, czy za sms-a pobierano opłatę czy nie, ale ponieważ Przemkowi kończył się termin doładowania, więc nie mieliśmy wiele do stracenia, gdyż w sieci Vodafone w opcji pre-paid wraz z nowym doładowaniem traci się to, co było na koncie poprzednio. Tym samym po dokonaniu formalności sms-owej staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami dwóch niebieskich kocyków i dwóch wystrzałowych, również niebieskich lornetek.

Jedzenie
Na miejsce dotarliśmy przed 18.00, kiedy na placu było jeszcze swobodnie, co pozwoliło nam na wybranie dogodnego miejsca. Jeszcze nawet dobrze nie usiedliśmy, gdy do Przemka podeszła młoda dziewczyna i zapytała, czy może odpowie on na kilka pytań ankietowych. Dzień taki ładny, nigdzie nam się nie spieszy, więc czemu nie. Podczas, gdy Przemek ćwiczył swój angielski ja poszłam po coś do jedzenia, bo niestety mój żołądek powoli zaczął się dopominać o małe co nie co. Na całe szczęście, gdy wróciłam sprawne wypełnianie ankiety prawie dobiegało końca. Od tej chwili Przemek był dumnym posiadaczem białej naklejki I love Sydney Festival 2011.

W między czasie na scenie cały czas przygrywał nam zespół Arrebato Ensemble. Ich muzyka, głównie współczesne flamenco, przypadło nam do gustu, ale niestety szybko skończyli grać, gdyż zdążyliśmy jedynie na końcówkę ich występu. Co gorsza do następnego występu były dwie godziny przerwy!

  

Nic to! My się nie nudzimy. Przerwę wykorzystaliśmy na rozmowę, sesję zdjęciową i drzemkę. Wraz z upływem czasu na placu The Domain widownia stopniowo się zagęszczała, przy czym większość Australijczyków przychodziła na imprezę z pachnącym jedzeniem. Dobrze, że wcześniej coś schrupałam :)


Tak leżąc pod gwiazdami obserwowaliśmy sobie zachowania różnych osób. Ciekawe jest to, że niektórzy czekali na swoich znajomych, a Ci znajomi przyprowadzali swoich znajomych, którzy to oczekiwali na swoich znajomych. I tym samym robiło się coraz ciaśniej, z coraz większą ilością osób nieznanych pierwszym czekającym – właścicielom kocyków.

Arrebato EnsembleW czasie przerwy pomiędzy ludźmi krążyli wolontariusze sprzedający bilety na losowanie mające się odbyć nieco później. Do wygrania były:
  • I – Zip Instant Boiling Water, czyli skrzynka naścienna, z której po odkręceniu koreczka leci przegotowana i przefiltrowana woda ;) Nie dla mnie…

  • II – Dwa bilety Quantas w dwie strony do serca Argentyny, czyli Buenos Aires, też nie dla mnie…

  • III – Rower Tokyo Bike do jazdy po mieście. O! Tym bym nie pogardziła.

Nie byliśmy skłonni do kupowania biletów, ale cel był szczytny: na powodzian w Queensland, więc uznaliśmy, że nie zbiedniejemy, a przynajmniej zrobimy dobry uczynek. No i teraz nie pozostawało nam nic innego, jak czekać na wylosowanie roweru, a Przemek przy okazji zyskał drugą naklejkę I love Sydney Festival 2011, tym razem żółtą.

O godzinie 20.00 na scenie pojawił się zespół The Real Mexico, który umilał nam czas aż do około 21.00, po czym nastąpiło losowanie. No cóż tym razem szczęście się do nas nie uśmiechnęło, ale to nic, do następnego razu.

O 21.05 na scenie miał pojawić się zespół Los Lobos, ale jak to z reguły z gwiazdami bywa kazali na siebie czekać i show ruszyło z drobnym opóźnieniem.

Los Lobos
Taka muzyczna impreza na trawie, pod gwiazdami była naprawdę czymś przyjemnym. Następnym razem jednak zabierzemy ze sobą prowiant, bo tym razem Przemek odczuwał potrzebę napełnienia żołądka. Poszliśmy, więc spacerkiem w kierunku domu po drodze zaopatrując się w wyśmienitą pizzę.

piątek, 14 stycznia 2011

ANZAC War Memorial

ANZAC War MemorialWielokrotnie bywaliśmy w Hyde Parku, jednak zdecydowanie rzadziej w części południowej, w której znajduje się ANZAC War Memorial (ANZAC - Australian and New Zealand Army Corps, Australijskie i Nowozelandzkie Siły Zbrojne). Tym razem uznaliśmy, że warto byłoby zobaczyć ten mający wielkie znaczenie symboliczne dla Australijczyków monument, projektu C. Bruce Dellit’a. ANZAC War Memorial poświęcony jest pamięci osób służących krajowi w czasie I Wojny Światowej. Do środka można wejść z czterech stron:
  • południowej i północnej, obydwie witają przybyłych dużymi schodami, które prowadzą do sali o kształcie okręgu nazwanej „Hall of Memory” (Sala Pamięci), gdzie balustrada przypomina wieniec,


  • wschodniej i zachodniej prowadzących do dolnego kręgu „Hall of Silence” (Sala Ciszy), w centrum którego znajduje się pomnik Sacrifice (Ofiara), projektu Rayner’a Hoff'a.

Sacrifice„Sacrifice” rezentuje poległego żołnierza niesionego przez trzy kobiety: matkę, żonę i siostrę, przy czym żona jedną ręką podtrzymuje głowę poległego, a w drugiej trzyma dziecko.Sacrifice

Na suficie znajdują się „Stars of Memory”, czyli gwiazdy pamięci, poświęcone są one zarówno mężczyznom, jak i kobietom ze stanu Nowa Południowa Walia (New South West), którzy służyli ojczyźnie w czasie I Wojny Światowej. Na sklepieniu widnieje ich 120000, z czego 21000 symbolizuje liczbę osób zabitych na polach walki lub poległych później na skutek poniesionych obrażeń, 50000 trwale okaleczonych, pozostałe 49000 z innymi powojennymi ranami, jak choćby blizny psychiczne.

Stars of Memory
Kiedy ANZAC War Memorial powstawał, a było to w latach 1932 – 1934 okazało się, że nie ma wystarczającej ilości funduszy na ukończenie dzieła, a to z powodu kryzysu finansowego. Aby zrealizować projekt została zaakceptowana propozycja, w której obywatele mogli kupować gwiazdki za 2 szylingi, czyli 20 centów każda. Pomimo, że nie wszystkie gwiazdki zostały sprzedane, to i tak zebrane fundusze umożliwiły ukończenie ANZAC War Memorial. Gwiazdki wykonane zostały z gipsu pokrytego złotą farbą, a przymocowane są za pomocą kleju. Nie wiadomo jednak dlaczego gęstość gwiazdek wzrasta ku środkowi kopuły.

Granitowe rzeźby na przyporachNa zewnątrz monumentu znajdują się rzeźby i płaskorzeźby, wszystkie zaprojektowane przez Rayner’a Hoff’a. Nad wschodnim i zachodnim wejściem znajdują się płaskorzeźby wykonane z brązu reprezentujące działania australijskiej piechoty – Australian Infantry Forces (AFI). Wschodni front kampanii przedstawia wschodnia płaskorzeźba, włączając Gallipoli, korpus służby wojskowej, służby medyczne, kawalerię, łącznościowców, piechotę i artylerię. Zachodni front przedstawia zachodnia płaskorzeźba włączając służby powietrzne, artylerię, korpus medyczny, bombowce, inżynierów, korpus pancerny, piechotę. Na szesnastu przyporach znajdują się granitowe rzeźby przedstawiające ludzi służących ojczyźnie, odzwierciedlają one smutek i straty spowodowane wojną.

Płaskorzeźba wykonana z brązu

W środku monumentu znajduje się również wystawa poświęcona żołnierzom uczestniczącym na różnych wojnach, również w Iraku. Niektóre eksponaty są naprawdę bardzo ciekawe, jak choćby niewielkie drewniane figurki wykonane przez nieznanego więźnia obozu w Changi, czy też karty do gry z poszukiwanymi zbrodniarzami irackimi - Iraq's Most Wanted Playing Cards - takimi jak Saddam Hussein.

źródło

czwartek, 13 stycznia 2011

Kangaroo Valley, a gdzie kangury?

Country LinkJuż niejednokrotnie korzystaliśmy z kolejki miejskiej City Rail, jechaliśmy Monorail-em, jak również autobusami, lataliśmy samolotami i tak zaliczając kolejne środki transportu, przyszedł czas na Country Link, czyli pociągi, które kursują na dłuższych trasach. Dziś chcieliśmy się dostać ponad 150km poza Sydney, więc dzień wcześniej kupiliśmy bilet z miejscówką, a na stacji Central znaleźliśmy się odpowiednio wcześnie przed odjazdem. Wewnątrz wagonu było jak w autobusie, po dwa siedzenia z każdej strony w jednym rzędzie, poza tym czyściutko i sporo miejsca na nogi. Siedzenia można było nieznacznie wychylić do tyłu, jak choćby w samolocie, a do tego każdy miał rozkładany stolik. Luksus w klasie ekonomicznej ;)

W pociągu
W pociąguKrótko po tym, jak ruszyliśmy zostaliśmy przywitani przez maszynistę oraz poinformowani o możliwości skorzystania z bufetu. W pociągu nie było typowego „WARSA”, gdzie można byłoby usiąść wypić kawkę i pogawędzić, a jedynie kiosk znajdujący się na końcu sąsiedniego wagonu. Zamówienia podawane były na kartonowej tacy, która ułatwiała doniesienie jedzenia i picia do swojego miejsca. Ponieważ dziś zjedliśmy bardzo wcześnie śniadanie, toteż bardzo szybko dopadł nas mały głód, skorzystaliśmy więc z bogatej oferty linii Country Link. Na drugie śniadanie zamówiliśmy wyborne wrapy.

Ku naszemu rozczarowaniu pociąg nie zaskakiwał zawrotnym tempem i jedynym usprawiedliwieniem mogą być roboty torowe, które miały w tym czasie miejsce. Oczywiście nie mogło zabraknąć sprawdzenia biletów, tak więc po pewnym czasie przywitała nas miła pani i poprosiła o przygotowanie biletów do kontroli. Była to kartka A4 z wydrukowanym nazwiskiem, miejscem i numerem rezerwacji. Kontrola biletów odbywała się na zasadzie sprawdzenia zgodności danych na liście kontrolerki z danymi na naszych biletach.

W czasie dwugodzinnej jazdy do Moss Vale odnotowałam tylko jedną niedogodność, klimatyzacja powodowała, że szybko zrobiło się zimno, wobec tego musiałam skorzystać z Przemka sweterka. Przemkowi natomiast nie podobało się to, że jak w samolocie nie było filmów, które umilałyby mu drogę, ale to taki mały szczególik ;)

Przemek i Smudge
Od lewej: Ula, Lucy, Smudge, MollyI tak sobie jechaliśmy i jechaliśmy, aż dotarliśmy do drugiej stacji zaraz po Campbelltown – Moss Vale, gdzie już czekała na nas Sandi. Było około 10.00 i żadne z nas nie miało jeszcze swej porannej kawy, toteż zamiast pojechać prosto na farmę, staraliśmy się znaleźć kawiarnię w Burrawang. Miasteczko wyglądało jakby wszyscy jeszcze spali, choć jak to na wsiach bywa, życie zaczyna się skoro świt. Niestety nie jeśli chodzi o gastronomię, aby dostać kawę musielibyśmy czekać do godziny 11.00, kiedy to otwierany był pub. Czyli przyszłoby nam czekać prawie godzinę! Zgodnie uznaliśmy, że damy radę bez czarnego złota.

  

Przemek i Mr DarcyNa farmie zostaliśmy serdecznie przywitani przez trzy pieski: Smudge, Lucy i Molly. Nie tracąc chwili czasu poszliśmy nakarmić marchewkami osiołki oraz Mr Darcy, oczywiście przez cały czas towarzyszyły nam kochane czworonogi. Ponieważ Sandi miała pełną torbę marchewek, więc zaraz zebrały się wokół nas głodne stworzenia. Ucieczka przed Mr Darcy :)Najbardziej natarczywy był Mr Darcy, prześliczny koń. Patrzył tylko kto ma przysmak i czym ktokolwiek zdążył się spostrzec Mr Darcy już wyciągał głowę po swoją porcję. Konie karmiłam niejednokrotnie, osiołków nigdy, dlatego uciekałam przed Mr Darcy starając się złapać okazję, aby małe co nieco trafiło się również kłapouchom. Uwierzcie mi nie było to łatwe zadanie. Koń był wszędobylski i jeśli nie podążał to za mną, to za Sandi, a gdy tylko uwalniałam się od niego i próbowałam dać marchewkę jednemu z kłapouchów ten przeważnie miał problem w trafieniem w nią :) Z drugiej strony osiołki były bardziej zainteresowane plecakiem Przemka, podczas gdy on sam niczego nieświadom uwieczniał nasze poczynania na zdjęciach.


Gdy skończyły się nam marchewki poszliśmy przywitać się z czterema lamami. Jedna z nich szczególnie się wyróżniała z uwagi na swoje jasno niebieskie oczy. Maluchy były płochliwe i nie dało się ich pogłaskać, za to Sandi pokazała Przemkowi sztuczkę z wąchaniem. Symulując niuchanie skłoniła jedną z lam do zrobienia tego samego i nieomalże dotknęły się nosami. Niestety ja zajęta byłam odganianiem Mr Darcy i przegapiłam ten ciekawy moment. Oczywiście nie można było nie przywitać się z krowami, jakby nie było, one również tutaj mieszkały i należało powiedzieć im „Hello”. Obeszliśmy jeszcze całą posesję, pobawiliśmy się z psami, poznaliśmy sympatycznego kocurka Pushkina (Puszkina), napiliśmy się wody i w drogę.

Puszkin Ula i Molly Lucy

Yarrunga Valley - Fitzroy FallsPrzystanek pierwszy, magiczne miejsce szumiącego, 81 metrowego wodospadu Fitzroy Falls, który znajduje się w dolinie Yarrunga (Yarrunga Valley). Przez busz, w którym natrafiliśmy na ciekawe gatunki roślin, gdzie jaszczurki przebiegały nam przez drogę, poszliśmy na następny punkt widokowy Jersey Lookout, skąd można było się pozachwycać Fitzroy Falls w całej okazałości.

 Widok z Jersey Lookout

Hampden Suspension BridgeZbliżała się godzina 13.00 i wszystkim powoli brzuchy dawały znać o tym, że trzeba wzmocnić organizm na dalszą część wycieczki. Pojechaliśmy, więc do Kangaroo Valley Village po drodze przejeżdżając przez most Hampden Suspension Bridge. Został on otwarty w 1898 roku, podobno jest najstarszym zachowanym mostem wiszącym w kraju i trzecim, co do wielkości w stanie. Łączy brzegi rzeki Kangaroo na głównej drodze z Kangaroo Valley do Moss Vale. Bardzo ciekawe architektonicznie są wieże, które wspierają kable, przypominają one wieże średniowiecznego zamku.

Mannings LookoutW samej wiosce Kangaroo Valley w końcu mogliśmy się posilić, wybraliśmy miejsce o nazwie „Friendly Hotel Inn”. Sandi cieszyła się smakiem ryby barramundi, a my z Przemkiem zdecydowaliśmy się na chicken parmigiana, czyli kurczak po parmeńsku, z wyśmienitym parmezanem i sosem pomidorowym. Dobry obiadek, czy jak kto woli lunch, dodał nam energii i udaliśmy się na podbój niewielkiego miasteczka. W niektórych sklepach sprzedawane były niesamowite rękodzieła mieszkańców. Mi i Przemkowi strasznie spodobał się ten, w którym można było kupić wyroby z drewna, czyli Kangaroo Valley Woodcrafts, niektóre ich cuda zobaczyć możecie na stronie, niestety nie robi to takiego wrażenia jak na żywo.

Na punkcie widokowym Cambewarra Mountain LookoutNie wiem jak długo spacerowaliśmy po miasteczku, uznaliśmy jednak, że czas najwyższy na poznanie Kangaroo Valley. Byłam bardzo ciekawa, jak wygląda ta słynna dolina, czytałam bowiem w Internecie, że określana jest przez niektórych jako "najpiękniejsza dolina w Australii", że rozciąga się wzdłuż rzeki Kangaroo River, bogata jest w zielone pastwiska, liczne potoki, rzeki oraz bujne lasy, a wszystko otoczone wspaniałymi skarpami. Sandi wcześniej rozeznała się, który punkt widokowy jest najlepszy, aby móc w całej okazałości podziwiać to piękno. Ku naszemu zaskoczeniu, gdy dotarliśmy na miejsce do Mannings Lookout, nad doliną unosiła się mgła i niewiele widzieliśmy. Pomimo tego nie mieliśmy czego żałować, bo przyroda, którą mijaliśmy po drodze rekompensowała nam brak klarownego widoku. Podobnie było, gdy zdecydowaliśmy się spróbować po raz kolejny tym razem na Cambewarra Mountain Lookout. Na samym szczycie mleko, widoczność może 100m, dalej nic, ale za to po drodze natrafiliśmy na śliczną kolczatkę. Była zdecydowanie większa niż ta, którą mieliśmy okazję podziwiać w Koala Parku, naprawdę piękna. No, to teraz pozostało nam jeszcze zobaczyć koalę w jego naturalnym środowisku :)

Echidna, czyli kolczatka
Droga w dolinie była tak kręta, że zaczęło mi się robić niedobrze, Przemek powoli też odczuwał skutki licznych zakrętów. Na szczęście z uwagi na pogodę i późną godzinę skierowaliśmy się w stronę Sydney. Moje oczy były już tak zmęczone, że część drogi powrotnej przespałam. Obudziłam się dopiero na wysokości, dzielnicy Sydney, Cronulla. Podobno niczego nie straciłam, chociaż później dowiedziałam się, że kawałek drogi biegł wzdłuż oceanu.


Na zakończenie miłego dnia pojechaliśmy jeszcze na Sydney Fish Market, gdzie zjedliśmy pyszny obiad w chińskiej restauracji. Sandi zachowawczo zamówiła wołowinę, a my nasze ulubione krewetki oraz w ramach eksperymentu węgorza, yummy.

W restauracji
Najedzeni i potwornie zmęczeni po całym dniu wrażeń w domku zasnęliśmy jak dzieci.