piątek, 24 grudnia 2010

Nasze ostatnie Święta po australijsku…

Dziś lunch w towarzystwie wspaniałych znajomych :)

Ranek minął nam tradycyjnie, choć trochę leniwie, ciężko było nam się zmobilizować do czegokolwiek, ostatecznie jednak wszystko udało się zrealizować na czas. Słoneczniki dla pani Sheili prezentowały się pięknie, a polskie czekoladki smakowały wyśmienicie (sprawdziliśmy oczywiście na reprezentatywnej próbce), prawie tak dobrze jak moja sałatka ;) wszystko dokładnie, jak być powinno. Przed 12.00 byliśmy na stacji Redfern, a naszym celem tym razem było Edgecliff, a dokładniej Darling Point.

Na miejscu zastaliśmy już całe towarzystwo w komplecie. Od razu też dało się odczuć, że atmosfera jest gorąca, do czego przyczyniał się wyśmienicie wyglądający indyk zajmujący główne miejsce w piekarniku :) Gdy tylko przywitaliśmy się ze wszystkimi, od razu zabraliśmy się za pomaganie. Zdarzały się sytuacje, gdy sześć osób w jednym czasie przebywało w niezbyt dużej kuchni, ale przynajmniej było wesoło.

W pewnym momencie usłyszałam wystrzał i wiedziałam, że pani Sheila nie wytrzymała i rozerwała Christmas crackers. Miałam rację :) Tym samym w pokoju siedziała już pierwsza królowa z papierową koroną, upominkiem i oczywiście dowcipami, które musiały zaczekać na swoją kolej.

Około 13.00 usiedliśmy wspólnie do stołu. Jak na Australię przystało, serwowane posiłki były chłodne, no może poza wspomnianym indykiem :) Mieliśmy wędzonego pstrąga tęczowego, po prostu pycha, sałatkę polską :) , zieloną sałatkę zrobioną przez Sandi i warzywa na parze (przygotowane wcześniej, więc już nieco przestudzone), przeróżne dip-y, czyli sosy do maczania, oraz wędliny. Wszystko prezentowało się wyśmienicie i tak też smakowało. Atmosfera była super, dużo rozmawialiśmy, dużo się śmialiśmy i oczywiście rozrywaliśmy Christmas crackers. Tak się fajnie złożyło, że każdemu trafiła się korona i prawie wszystkie były w innych kolorach. Ktoś nawet wspomniał o „silly hats”, czyli głupich kapeluszach – nie wiadomo czemu zerkał przy tym na nas ;)


Po głównym daniu, gdy już prawie nikt nie miał miejsca w żołądku, na stole pojawił się deser, tym razem lody, sałatka owocowa (borówki amerykańskie, porzeczki, jeżyny, truskawki), mango mus, pudding i nie pamiętam co jeszcze. U mnie w brzuszku było niewiele miejsca, ale na loda i owoce się znalazło. Przemek zadowolił się puddingiem i lodem, a także skusił się na porzeczki. Planowaliśmy potowarzyszyć wszystkim nie dłużej niż do 14.00, ale było tak miło, że wyszliśmy dopiero około 15.30, gdy miało zacząć się zmywanie :D

Nasz pierwotny plan, jak zwykle uległ zmianie, zamiast pojechać na Bondi Beach trafiliśmy do Queens Park, gdzie dokładnie po 22 miesiącach pobytu w Australii, w końcu rzuciliśmy bumerangiem i wiecie co? Nie wracał! No dobra Przemek był w tym lepszy i kilka razy bumerang zawrócił, ale jeszcze nie tak jak powinien. Ja wkrótce się poddałam, znudziło mi się bieganie za naszym kawałkiem patyka. Usiadłam na ręczniku i bawiłam się z podchodzącymi do mnie psami, za to Przemek był zawzięty, jak zawsze :) Trzepał i trzepał tym bumerangiem, i tak jak wspomniałam od czasu do czasu mu prawie wracał. Jednak, gdy mój ukochany zaczął odczuwać efekty tego rzucania i ręka go rozbolała, uznaliśmy, że czas wracać do domku na naszą skromną wigilię. W drodze zahaczyliśmy jeszcze o sklep rybny i kupiliśmy włócznika (w zeszłym roku było coś, co nazywało się karpiem, ale moim zdaniem koło karpia nawet nie pływało, stąd ta zmiana :) ). W Deli Fresco zaopatrzyliśmy się jeszcze w polskie kabanosy i śląską, a dodatkowo Przemkowi za wytrwałość należał się francuski marshmallow.

Oczywiście moja zawzięta Druga Połowa (zanim zasiedliśmy do kolacji) sprawdziła w Internecie, gdzie tkwił nasz bumerangowy błąd. Znamy już wszystkie tajniki, więc następnym razem na pewno się uda.

  

Na kolację wigilijną tym razem były: pierożki z grzybkami, kapustka z prawdziwkami, barszczyk, rybka smażona, rybka w occie i oczywiście opłatek. Wprawdzie tylko sześć potraw, ale wszystko zrobione było własnoręcznie i oczywiście wyśmienite, nie skromie mówiąc :) Nie obyło się też bez rodziny, dobrze, że jest Skype :) Święta bez najbliższych nie byłyby prawdziwymi Świętami.

środa, 22 grudnia 2010

Merry Christmas, hohoho... :)

Wszystkim Moim Czytelnikom i sympatycznym Anonimom, którzy swoimi drobnymi komentarzami wywołują uśmiech na mojej twarzy,

życzę


Wesołych i Spokojnych Świąt Bożego Narodzenia :)



 
Dashing through the bush in a rusty Holden ute,
Kicking up the dust, Esky in the boot,
Kelpie by my side, singing Christmas songs,
It's summer time and I am in my singlet, shorts and thongs.
Poprzez buszu bezdroża w zardzewiałym pik-up'ie Holden,
Wzbijając tumany kurzu, z chłodziarką na pace,
Z owczarkiem australijskim u boku, śpiewając kolędy,
To lata czas a ja w koszulce, szortach i flip-fopach.
(Chorus - Chór)
Oh! Jingle bells, jingle bells jingle all the way,
Christmas in Australia on a scorching summer's day,
Oh! Jingle bells, jingle bells, Christmas time is beaut,
Oh what fun it is to ride in a dusty Holden ute.

Oh! Dzwonią dzwonki, przez całą drogę dzwonią dzwonki,
Święta w Australii w skwarnym, letnim dniu,
Oh! Dzwonią dzwonki, dzwonią dzwonki, Świąteczny czas jest fantastyczny,
Oh co to za zabawa jechać w zakurzonym pick-up'ie Holden.

 
Engine's getting hot, we dodge the kangaroos,
The swaggie climbs aboard, he is welcome too.
All the family is there, sitting by the pool,
Christmas day in the Aussie way, by the Bar-b-cue. Oh!
Silnik się już grzeje, a my wymijamy kangury,
Włóczęga się pakuje do środka, też go zabierzemy.
Cała rodzina jest w komplecie, siedzi przy basenie,
Święta po australijsku przy grillu. Oh!
 
Come the afternoon grandpa has a doze,
The kids and Uncle Bruce are swimming in their clothes,
The time comes round to go, we take a family snap,
And pack the car and all shoot through
Before the washing up. Oh!
Nadeszło popołudnie dziadek już drzemie,
Dzieciaki z wujkiem Brusem pływają w ubraniach,
Nadszedł czas odjazdu, robimy rodzinną fotkę,
Pakujemy się do pick-up'a i uciekamy
Zanim zacznie się zmywanie. Oh!


... pozostaje tylko zaśpiewać z Bucko i Champs'em ;)

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Śmierdzący towar

Czy słyszeliście kiedyś o durianie?

Oczywiście my pierwszy raz zobaczyliśmy ten owoc, tutaj w Sydney. Wówczas jednak nie wiedzieliśmy, co to jest i z czym to się je :) Często zastanawiała nas ta wielka kolczasta kula, ale z uwagi na jej rozmiary przypominające arbuza, nie decydowaliśmy się na kupno, czegoś niewiadomego o takich gabarytach i cenie za kilogram.

W trakcie jednej z wizyt u znajomych dowiedzieliśmy się o durianie i jego intensywnym zapachu. Od tamtej pory wiedzieliśmy, że coś takiego istnieje, ale jeszcze nie łączyliśmy nazwy z drogim, kolczastym jajem.


Nie tak dawno temu Przemek był w Singapurze i tam właśnie kupił sobie zagadkowy dla nas owoc. Później przez Skype opowiadał mi o jego walorach smakowych, a co ważniejsze jego niepowtarzalnym aromacie :) Cieszyłam się wówczas, że był tak daleko ;)

Dziś, podczas warzywnych zakupów świątecznych, natrafiliśmy na małego duriana, którego rozmiary w zupełności nas satysfakcjonowały i chociaż przyszło nam zapłacić za niego $13.82, nie mogę powiedzieć, że się opłacało.


Durian to owoc z tropikalnych obszarów południowo-wschodniej Azji. Jest to rodzaj rośliny z ślazowatych, fajnie brzmi, nieprawdaż? A to po prostu malwowate. Owoce durianu mają nieprzyjemny zapach, przyznać trzeba, że czuć go na odległość. Przemek widział w Singapurze tabliczki informujące, o zakazie wnoszenia tego owocu do komunikacji miejskiej. Podobno (według wikipedii) są również hotele z podobnymi obostrzeniami, co do spożywania duriana. Pomimo tego Przemek zaryzykował i ze szczelnie zapakowanym śmierdziuchem wsiadł do jednego z autobusów, by potem móc delektować się nim na parkingu przed swoim hotelem. Muszę dodać, że zastosował on oprócz firmowego zafoliowania, dodatkowe dwie szczelnie zawiązane reklamówki. Mimo to jadąc siedział jak na szpilkach, zastanawiając się czy przypadkiem przyłapany ze śmierdzącym towarem nie przypłaci tej zbrodni życiem.

U nas woń duriana szybciutko rozeszła się w każdy zakamarek mieszkania. Chociaż przyznać muszę, nie było aż tak źle. Jeśli ktoś z Was jadł Honey Melona, to jest to właśnie ten sam zapach tylko bardziej intensywny, a zatem czuje się miód razy powiedzmy sto. Jak wiecie słodkie aromaty mogą zemdlić, a dodając do tego nasilenie tej woni, co wrażliwsi muszą uważać ;)

Smacznego ;)

niedziela, 19 grudnia 2010

Cesarz na urlopie

Przed wejściem na wystawęUuu... znów dzień pełen wrażeń, ale jak zwykle po kolei :)

Najpierw oczywiście trzeba było się wyspać, bo w tygodniu nie ma na to szans, dlatego wstaliśmy dopiero parę minut po 9.00. Rano jak to zazwyczaj bywa wiele rzeczy trzeba zrobić: skorzystać z łazienki, zjeść śniadanko, obejrzeć „Fakty”, delektować się kawusią, sprawdzić pocztę itp.. Tym samym do miasta wybraliśmy się dopiero po 11.00! Dzisiejszy cel Art Gallery NSW, a tam The First Emperor China’s Entombed Warriors, czyli pierwszy chiński cesarz Qin Shihuang (w skrócie Qin Shi) i jego terakotowa armia (chińscy zakopani wojownicy). Już przed samym muzeum spotkać można było wiele osób, wszyscy zainteresowani tym samym – zobaczyć terakotową armię.

Bilety
Qin Shi - Pierwszy CesarzPrzy wejściu na wystawę przywitał nas Qin Shihuang nazywany Pierwszym Cesarzem. Urodził się w 259 p.n.e., a królem został w wieku 13 lat. Mapa podbojów cesarza Qin ShiNa początku jego cesarstwo było niewielkie, przez kolejne 25 lat Qin Shi podbijał kolejne tereny, a po zdobyciu ostatniego stanu w 221 p.n.e. Qin Shihuang mianował sam siebie Pierwszym Cesarzem Zjednoczonych Chin (The First Emperor of a unified China). Miał on obsesję związaną z własną nieśmiertelnością, w związku z czym poszukiwał „eliksiru nieśmiertelności”. Zmarł w trakcie jednej z podróży w 210 p.n.e.. Ciekawe jest to, że Qin Shi zaczął podejmować pierwsze decyzje związane z własnym pogrzebem krótko po tym jak objął tron.

Zaraz po Qin Shi witającym przybyłych można było poświęcić parę minut na obejrzenie ujęć wykonanych w grobowcu pierwszego chińskiego cesarza, czyli całej terakotowej armii. To taki przedsmak, przed wystawą :) Nie zostaliśmy jednak tutaj zbyt długo, bo moim zdaniem zbyt wiele poświęcono pokazywaniu turystów niż samej armii. Podążyliśmy, więc w kierunku pierwszej z czterech sal, na środku której stały dwa z trzech dzwonów. Ponadto sala ta zapoznawała nas z:
  • maskami dla zwierząt (głównie koni),

  • dzwonkami dla koni,

  • nożami,

  • mieczami,

  • czajnikami,

  • miskami na wodę,

  • dachówkami,

  • czy lusterkami.

Dzwon Lustro Złoto-srebrno-jadeitowa rękojeść

Dodatkowo jeden z mieczy był specjalnie wyeksponowany, gdyż wyróżniała go złoto-srebrno-jadeitowa rękojeść. Był to typowo ceremonialny miecz, nieużywany do walki. Taki bym chciała, w zupełności by mi wystarczył i byłabym całkowicie nim usatysfakcjonowana.

ŚwiecznikW drugiej sali widzieliśmy między innymi oficjalną pieczęć Qin’a. Była to jedna z części programu standaryzacji wprowadzonej przez Pierwszego Cesarza. Wszystkie oficjalne pieczęci, które pierwotnie były zrobione ze złota, srebra, rogów nosorożca, lub żelaza, miały być wykonywane z brązu. Tutaj również można było zapoznać się z cesarskimi inskrypcjami wyrytymi na steli w Mount Yi. Natomiast to, co zachwyciło mnie w tej sali to świecznik w kształcie ptasiej nogi, podtrzymującej koło, na którym znajdowało się miejsce na trzy świeczki. Ten też mogłabym sobie wziąć :) Oprócz tego widzieliśmy ogromne rzeźbione cegły, bruk (również z wzorami) oraz różnego rodzaju formy.

I w końcu trzecia sala, to tu przywitali nas wojownicy terakotowej armii:
  • Generał w zbroi – największy, wraz ze wstążką miał 2 m, do tej pory odnaleziono jedynie 9 generałów.

  • Oficer w zbroi – rozpoznać, go można po czapce, jest nieco niższy od generała, a jego wyraz twarzy jest nieco mniej groźny, podobno trzymał w prawej dłoni broń.

  • Żołnierz piechoty, bez zbroi – włosy miał spięte w koka i oczywiście ubranie lekkie, samą szatę.

  • Żołnierz piechoty w zbroi – odnalezieni jedynie w rozkopie 1, podobny jest do żołnierza piechoty bez zbroi, oczywiście różnicą jest opancerzenie.

  • Stojący łucznik –pozycja jego wskazuje na to, że oryginalnie trzymał on kuszę, jedną z najbardziej wyrafinowanych broni w tamtym czasie, odnalezieni jedynie w rozkopie 2.

  • Klęczący łucznik w zbroi – chronił on kawalerzystę i woźnicę.

  • Kawalerzysta – nosił on krótką zbroję i szatę, w prawej ręce oryginalnie trzymał lejce, lewa ręka wskazuje na to, że znajdowała się w niej broń, ten typ figur odnaleziony został tylko w rozkopie 2.

  • Koń kawalerzysty – charakteryzuje się siodłem i tym, że jest wyższy i dłuższy niż koń do powożenia, co ciekawe w tamtym okresie nie było strzemion.

  • Woźnica – nakrycie głowy wskazuje, że był to oficer, w wyciągniętych rękach trzymał pierwotnie wodze, rydwany zaprzężone były w cztery konie, odnaleziono je we wszystkich trzech dołach, ale co ciekawe tylko jednego w trzecim.

  • Koń woźnicy

Reprezentacja terakotowej armii
Reprezentacja terakotowej armiiJak widać w porównaniu do ogromu armii, reprezentacja, która odwiedziła Sydney była niewielka, ale i tak wrażenie niesamowite! Reprezentacja terakotowej armiiWszyscy powyżej wymienieni stali sobie wyeksponowani na środku sali, a dookoła nich spory tłum, każdy przyglądał się z podziwem. Dowiedzieliśmy się, że na niektórych figurach znaleziono pigmenty farb, co wskazuje na to, że byli oni pomalowani, na przykład skóra była koloru różowego. W tej samej sali, gdzie byli wojownicy, na jednej ścianie wyświetlany był film z zaprezentowaną pracą archeologów, na drugiej ścianie pojawiały się twarze i fryzury wybranych wojowników, dzięki czemu można było wyłapać różnice. Znajdowały się tu także informacje na temat tego ilu wojowników i gdzie już odkryto, a ile szacuje się, że jeszcze jest.

Rydwan

Konie zaprzężone w rydwan Woźnica

WoźnicaI tym samym dotarliśmy do ostatniej części z przepięknym rydwanem, zaprzężonym w cztery konie. Przemek zauważył, że obok powożącego znajdowała się kusza, która zupełnie umknęła mojej uwadze. Pisałam, bowiem właśnie sms-a, w końcu nie można było korzystać z aparatu fotograficznego, ale nikt nie wspominał o używaniu telefonu komórkowego ;) Wodne ptakiWoźnica był prawdopodobnie generałem, na co wskazuje nakrycie głowy. Stoi on pod okrągłym baldachimem i oprócz wspomnianej kuszy miał gdzieś tam także miecz, którego jednak nie udało nam się wypatrzeć. Tutaj także widzieliśmy trzy ptaki, które pochodzą z miejsca symbolicznego nieba dla Pierwszego Cesarza w jego życiu po życiu. Podobno w tym niebie znajdowało się jeszcze 15-stu ceramicznych muzyków, 46 ptaków wodnych: 6 żurawi (z czego jednego widzieliśmy), 20 łabędzi (też widzieliśmy) i 20 dzikich łabędzi (widzieliśmy :)), przy czym, podobnie jak z wojownikami tak i tu, nie ma dwóch identycznych figur. Oprócz tego mogliśmy podziwiać jeszcze zbroję, wykonaną z 600 małych części, hełm oraz niektóre egzemplarze broni.

Największą zagadką pozostaje nadal, gdzie spoczywa sam Qin Shi...

Wszystkim, którzy mają możliwość serdecznie polecam wybranie się na tę wystawę, choć domyślam się, że zobaczenie terakotowej armii w jej „domu” jest dużo bardziej zapierające dech w piersiach. Musimy się tam wybrać ;)

Eva Benson Psyche Rupert Bunny Okres lata My kobiety

Gdy już zapoznaliśmy się z wystawą The First Emperor China's Entombed Warriors postanowiliśmy zobaczyć, co jeszcze ma nam do zaoferowania Art Gallery NSW. Bardzo się cieszę, że poświęciliśmy trochę naszego czasu na podbój trzypiętrowego budynku. Dzięki temu widzieliśmy między innymi: wystawę zabytków kultury krajów azjatyckich, australijskich impresjonistów, sztukę aborygeńską, którą znamy już dość dobrze oraz sztukę nowoczesną, której ni w ząb nie rozumiem, ale czasami mnie bawi. Może bylibyśmy w Art Gallery NSW dłużej, ale w brzuszkach już burczało.

Rzeźba Guanyin z 18 ramionami Lusterka

Rydwan - replika Rydwan - replika Przemek w Art Gallery of New South Wales

Aby nieco ochłonąć i uzupełnić „paliwo”, wybraliśmy się na spacer do miasta, gdzie zjedliśmy całkiem niezły obiadek, a wszystko zapiliśmy przepysznymi sokami z mango, pomarańczy i truskawek. Odwiedziliśmy także wyzwolonego Mikołaja i zajrzeliśmy do Darling Harbour, skąd spacerkiem ruszyliśmy w stronę domu.

Przemek z Mikołajem Na spacerze w Darling Harbour

Po dzisiejszym dniu zostało nam, dużo wrażeń i lektury do nadrobienia, gdyż kupiliśmy sobie książkę na temat Pierwszego Cesarza. Czas dowiedzieć się na jego temat nieco więcej :)

sobota, 18 grudnia 2010

Przede wszystkim Markowe!

Niektóre OutletyOd jakiegoś czasu poszukujemy dla Przemka sandałów (o czym pisałam już wcześniej). Nie jest to takie łatwe, gdyż mężczyźni w Australii ich nie noszą ;) A tak poważnie większość z panów jak i pań usatysfakcjonowanych jest z japonek (nazywanych tutaj thongs, a nam znanych również jako flip-flops). Ponadto sami wiecie jak to jest, gdy wiesz czego oczekujesz, co chcesz kupić, wówczas ma się niewielkie szanse na sukces. Póki, co my właśnie mamy ten problem. Dlatego tydzień temu zamierzaliśmy odwiedzić Birkenhead Point. Wówczas, planowaliśmy dotrzeć do naszego celu drogą wodną, ale w weekend promy do Balmain nie kursują, o czym dowiedzieliśmy się dopiero w Circular Quay, więc wszystko trzeba było przełożyć na następny weekend i znaleźć alternatywny środek transportu.

Z powodu braku chleba śniadanie zjedliśmy na mieście w Charlie Lovett. Przyjemnie jest mieć czasami apetycznie podane śniadanko, zamiast zrywać się rano i coś samemu wymyślać. Bułeczki, jedną z avocado, kurczakiem, sałatą i innymi wstawkami, drugą – Przemek sam nie wie z czym, ale na pewno z sałatą, zapijaliśmy pyszną long black, a potem przeszliśmy na drugą stronę ulicy na przystanek i cierpliwie zaczekaliśmy na 501.

Główne wejście
Centrum od zatoki Iron CovePrzemek zastanawiał się, czy będziemy wiedzieli gdzie wysiąść. W pociągach nie ma takiego problemu, bo zawsze informują do jakiej stacji się dojeżdża, a dodatkowo stacje są podpisane. W autobusie jedyne co można zrobić to zapytać kierowcy. Jeszcze nie spotkaliśmy się tu z nieuprzejmymi, więc za każdym razem gdy dojeżdża się do punktu docelowego kierowca poinformuje, że to właściwy przystanek. My, jak zwykle, postanowiliśmy nie kłopotać nikogo, zdaliśmy się na siebie. Pamiętałam, że najpierw powinniśmy przejechać Anzac Bridge, a krótko potem następny most, za którym należało wysiąść. Wszystko było jednak dużo prostsze niż przypuszczaliśmy, gdyż budynek z napisem Birkenhead Point pojawił się przed nami, gdy jeszcze byliśmy na drugim moście, więc nie było mowy o tym, że się zgubimy.

Birkenhead Point jest to The Outlet Centre, czyli masa outletów zgromadzonych w jednym miejscu. W środku, no cóż przeciętne centrum handlowe, różnica jak wspomniałam to outlety, pełne nadal markowych produktów, dobrej jakości, ale z poprzedniego sezonu.

Centrum w środku
Nie będę się wypowiadać, czy rzeczywiście warto tam pojechać, czy nie, gdyż my mieliśmy cel i nie zaglądaliśmy do każdego sklepu. Oczywiście obeszliśmy wszystkie te z butami... bez rezultatu jeśli chodzi o Przemka, za to ja mogłabym przebierać i wybierać w szerokiej ofercie dla pań. Zabawiliśmy też w David Jones Warehouse, gdzie prawie kupiłabym dla siebie kapelusik :) bo w porównaniu do normalnych sklepów David Jones w DJ Warehouse rzeczywiście ceny były dużo, dużo niższe.

Widok z centrum Boczne wejście

W sumie nasza wyprawa zakończyła się kupieniem plecaka dla mnie, bo mój staruszek, służył mi już tyle lat, że ostatnio zaczęły z niego wychodzić sprężynki nadające mu kształt. Oprócz tego zjedliśmy pożywny lunch (dla nas obiad), nad brzegiem Iron Cove. Było bardzo miło, ale odczuwaliśmy już znużenie i żal spowodowany nieosiągniętym celem. Z centrum wracaliśmy autobusem 504, który podwiózł nas prawie pod QVB (Queen Victoria Building), a stamtąd spacerkiem, dobrze znaną nam trasą do domku.

Sandały dla Przemka!!! jeszcze was dopadniemy!!! ale innym razem ;)

niedziela, 12 grudnia 2010

Z Mikołajem na krańcu Sydney

Trzy tygodnie temu przyszło mi być słomianą wdówką, jako, że Przemek wyjechał na 14 dni do Singapuru i Seulu. Myślałam, że będę mogła część tego czasu spożytkować na słodkie lenistwo, że uda mi się napisać coś niecoś o poczynaniach słomianego wdowieństwa, że pojawią się moje zdjęcia na blogu z różnych plaż. Niestety, a może „stety”, byłam ciągle zajęta włącznie z weekendami. Wracałam do domu czekałam na Skype na Przemka, albo od razu kładłam się spać. I tak oto minęły mi dwa tygodnie bez mojej drugiej połowy. Za to po Jego powrocie postanowiliśmy trochę zaszaleć. W sobotę 11.12. pływaliśmy promami po zatoce sydneyskiej i nie tylko, a dzisiaj…


W planach była wczesna pobudka, ale się nie udało :) Dopiero około 9.00 zwlekliśmy się z łóżka. Tak to jest, gdy jednego dnia wraca się późno do domu, a na następny planuje kolejne voyage. O dziwo pomimo dłuższego sennego szaleństwa, zdążyliśmy na autobus, który dzień wcześniej wybraliśmy, a który dowieźć nas miał na Palm Beach i w końcu dowiózł :)

Sama podróż do oddalonej od centrum o 40 km plaży zajęła nam ponad półtorej godziny w jedną stronę. Na początku autobus przedzierał się przez korki miejskiej puszczy, co strasznie mnie nużyło, starałam się jednak próbować odgadnąć nasze położenie. Czasami przychodziło mi to z trudem innym razem mijaliśmy znane mi okolice, jak choćby Neutral Bay, gdzie mają najlepsze migdałowe rogaliki. Im bliżej byliśmy celu tym ciekawsze widoki pojawiały się za oknem. Moją uwagę przykuła ddddługa plaża, od razu pomyślałam sobie o mieszkańcach tych okolic, którzy mają możliwość mieszkania w tak ciekawym miejscu. Niedaleko Palm Beach autobus zaczął jechać krętą drogą i znacznie zwolnił, a wodę było widać raz po prawej, raz po lewej stronie :) I w końcu nasz oczekiwany cel – Palm Beach.


Palm Beach uznawana jest jeszcze za dzielnicę Sydney, jest to najbardziej wysunięty punkt na północ od centrum. Po raz pierwszy powiedziała mi o niej Candy, gdy dopytywałam się gdzie tak naprawdę kończy się to miasto. Wówczas Candy wpadła na pomysł zabrania nas w te rejony, niestety nigdy nie udało się jej tego zrealizować. Nie tak dawno temu o Palm Beach przypomniała mi jej siostra Sandi. Miałyśmy się tam wybrać na kilka dni podczas nieobecności Przemka, nieoczekiwane okoliczności pokrzyżowały nam jednak te plany. Właściwie ucieszyłam się z tego powodu, bo słyszałam same wspaniałe rzeczy o tym miejscu i chciałam pojechać tam z Przemkiem. W końcu uznaliśmy, że nadeszła odpowiednia pora.


Na początku w tym rejonie znajdował się port Cabbage Tree Boat Harbour (Cabbage Tree, czyli Kordylina australijska). Od niego to plaża otrzymała nazwę Cabbage Tree palms, a żeby było łatwiej w późniejszym okresie przechrzczono ją na Palm Beach. Myślę, że warto również wspomnieć, że Palm Beach została wykorzystana w australijskiej operze mydlanej „Home and Away”. W serialu tym jest to fikcyjne miasto Summer Bay.

Jest to przyjemne miejsce dla osób lubiących plażowanie: nie ma tu takich tłumów jak w pobliżu centrum Sydney, tuż przy plaży nie ciągnie się szeroka droga, której szum przejeżdżających samochodów zlewałby się z szumem wody, i w końcu można cieszyć się towarzystwem ciekawej przyrody oraz Oceanem Spokojnym – choć nie koniecznie spokojnym. My z Przemkiem odczuwaliśmy jednak pewien niedosyt. Nie zaliczamy siebie do „naleśniczków” – czyli osobników uwielbiających smażyć się godzinami na plaży. Oboje wolimy bardziej intensywny wypoczynek, tak więc na Palm Beach oprócz pięknej plaży spodziewaliśmy się znacznie większej ilości rozrywek przeznaczonych dla turystów. Niestety prócz plaży i mini targowiska nie udało nam się znaleźć tam nic więcej ciekawego. Być może inaczej pisałabym teraz gdybyśmy weszli na teren Barrenjoey Head Aquatic Reserve, ale to następnym razem.

Jakoś jednak zagospodarowaliśmy sobie nasz czas i oczywiście nie obyło się bez pływania. Woda w tym dniu miała 18 stopni i na początku miało się wrażenie zimna, ale tak naprawdę temperatura była idealna. Przyjemnie ciepły ocean i nie za duże fale pozwalały mi troszkę zaszaleć. Przemek za to, prócz pilnowania dobytku ;) zobowiązany był do odwzajemniania życzeń i uprzejmości świątecznych, gdyż wzbudzał dość spore zainteresowanie wśród reszty plażowiczów :)


Gdyby Palm Beach znajdowała się gdzieś bliżej centrum, albo my bliżej Palm Beach na pewno zaglądalibyśmy tam częściej :)