sobota, 19 lutego 2011

Spacer po The Rocks

Po dość intensywnym styczniu i przed nadchodzącym napiętym marcem, zwolniliśmy trochę tempo. Nie chcąc jednak skisnąć całkowicie wśród czterech ścian postanowiliśmy, że czas najwyższy zobaczyć dwie atrakcje, w dzielnicy The Rocks.


Korzystając z ładnego dnia poszliśmy najpierw spacerkiem do Darling Harbour, skąd następnie skierowaliśmy się w stronę Town Hall, gdzie już na Przemka czekała niewielka kobietka z wielkimi nożyczkami ;) i tym samym mamy chwilowo narastający problem z głowy :). Zaraz po szybkim strzyżonku ruszyliśmy w dalszą drogę, w trakcie której upolowaliśmy jeszcze dwie pyszne bułeczki z kurczakiem i avocado. Przegryzka dodała nam niezbędnej energii i dzięki temu szybciej dotarliśmy do The Rocks.

Małą niepozorną chatkę na The Rocks mijaliśmy już wielokrotnie, ale jeszcze nigdy nie weszliśmy do środka. Tym razem zapoznaliśmy się dokładnie z tablicami informacyjnymi, wnętrzem budynku, jak i niewielką ekspozycją w środku. Cóż to za domek? Otóż Cadman’s Cottage.

Cadman’s Cottage to chatka Coxswain’a, czyli sternika, wybudowana została w 1816 roku. Wówczas stała ona tuż nad brzegiem wody. Coxswain odpowiedzialny był za łodzie cumujące w porcie, jak i zarządzał grupą skazańców, która miała mu to zadanie ułatwiać. Była to bardzo ważna postać w tamtym okresie, gdyż prawie wszystko, co było niezbędne osadnikom, docierało tutaj drogą morską.

Cadman’s Cottage postawiona została z wykorzystaniem wydobytego w pobliżu piaskowca i jak wspomniałam pierwotnie stała u wybrzeży piaszczystej plaży. Architektura budynku skopiowana została zgodnie ze stylem angielskim (tak wówczas budowano domy dla kolonii). Z wyglądu przypomina chatkę, jednak tylko na górze znajdowała się część mieszkalna, dół natomiast stanowiła część, w której pracowano.

Pierwszym sternikiem był Bernard Williams, następnie David Smith, John Weiss i w końcu John Cadman. Cadman mianowany został na to stanowisko 27 stycznia 1827 roku i piastował je przez 19 lat, dlatego obecnie budynek ten nazywany jest Cadman’s Cottage, czyli chatką Cadmana. Państwo Cadman byli skazańcami, John został aresztowany w Bewbley, w Anglii 19 grudnia 1796 roku za kradzież konia. 11 marca 1797 roku został skazany na karę śmierci, jednak uśmiechnęło się do niego szczęście i wkrótce kara ta została zamieniona na 14 lat zesłania do Nowej Południowej Walii. Gdy dotarł do Sydney kolonia miała dopiero 10 lat, a ponieważ wcześniej pracował na statkach, w 1809 roku został zatrudniony przez Sydney’s Government Dockyard (Sydney’ski Rząd Stoczniowy), a w 1814 roku otrzymał warunkowe przebaczenie. 1 stycznia 1827 roku przyznano mu stanowisko sternika. 26 października 1830 roku John poślubił 35-letnią Elizabeth. Elizabeth również była kryminalistką, ukradła dwie szczotki i kilka noży, za co skazano ją na 7 lat zesłania do Nowej Południowej Walii, gdzie dotarła w 1828 roku.

  

W 1845 roku Cadman’s Cottage została główną siedzibą Sydney Water Police - wodnej policji w Sydney.

Przy Chatce Cadmanów znajduje się też niewielka dobudówka, która powstała w 1847 roku. Przypuszcza się, że mogła ona służyć za celę dla skazańców w okresie, gdy dom ten był siedzibą Sydney Water Police, nie tłumaczy to jednak dlaczego sufit znajduje się dość wysoko i po co wykonano duże otwory łukowe. To właśnie w tym pomieszczeniu pod podłogą znajduje się system rur, szacuje się, że mają one około 150 lat. Ponieważ chatka był wilgotna z uwagi na bliskość wody, system rur miał pomóc w rozwiązaniu tego problemu.

W domku długo nie zabawiliśmy między innymi dlatego, że były tam udostępnione tylko dwa pomieszczenia, do zwiedzania, a na piętrze obecnie znajduje się Centrum Informacji. Na całe szczęście drugi punkt naszej dzisiejszej wyprawy nie znajdował się daleko. Trzeba był tylko wdrapać się po schodach, a potem już prosto ulicą Arygla, aż do małego kościółka Garrison Church.


Garrison Church jest pierwszym australijskim kościołem. Kamień węgielny pod niego został wmurowany 23 czerwca 1840 roku, od tego momentu pracownicy budowali go codziennie po 10 godzin używając do tego piaskowca wydobywanego z pobliskiej ulicy Arygle. Architekci kościoła, Henry Ginn oraz Edmund Blackket, przewidywali, że pomieści on około 250 dorosłych osób oraz 50 dzieci i niewiele się mylili. Pierwszy ślub odbył się tutaj 23 października 1843 roku. Pierwotnie kościół ten znany był pod nazwą The Church of the Holy Trinity (Kościół Świętej Trójcy), jednak jego nazwa została zmieniona z uwagi na żołnierzy stacjonujących w pobliskim garnizonie.

  

W kościółku też długo nie byliśmy trwały tu przygotowania do, jak mieliśmy się później przekonać, ślubu.

Ponieważ jest stąd żabi skok do The Lord Nelson Brewery Hotel, w związku z tum należało wykorzystać tę sytuację i podelektować się kolejnymi specjałami Nelsona. Musiałam też w jakiś sposób wynagrodzić Przemka za odwagę, nożyczki naprawdę były spore ;) Tym razem skusiliśmy się na Victory Bitter oraz Trafalgar Pale Ale. Przemek okazał się podwójnym szczęściarzem, gdyż dla mnie oba piwa były nieco za mocne ;)


W dobrych nastrojach (Przemek szczególnie) spacerowaliśmy jeszcze nad brzegiem wody, ciesząc się wolnym dniem :)

wtorek, 15 lutego 2011

Lato, lato i (prawie) po lecie… i trochę o pogodzie w Sydney

Pogoda z definicji to „zmienne warunki meteorologiczne na danym obszarze kuli ziemskiej”. Skoro zmienne to trudno mówić o pogodzie, jako czynniku stałym, a jak sami wiecie może nas ona zaskakiwać na wiele sposobów. Postanowiłam jednak podjąć się tego wyzwania i podzielić się z Wami tym, jak to było przez ostatnie dwa lata oraz tym czego dowiedziałam się szperając w różnych źródłach.

Tegoroczne lato było zdecydowanie inne niż to z przełomu 2009/2010, wówczas temperatury były wyższe, zaryzykuję stwierdzenie, że o około 8˚C. Było dość sporo dni, w trakcie, których przekroczone zostało 40˚C w cieniu, a średnio temperatura wahała się w okolicy 35-38˚C, gdzie już na początku listopada, a dokładnie 2 listopada termometry pokazywały 37˚C w cieniu. Ciężko było cokolwiek robić, najprzyjemniejsze były dla nas wówczas centra handlowe, jak również salon w domu, ponieważ mieliśmy tam klimatyzację. Było tak ciepło, że gdy rozmawiałam z Przemkiem przez telefon strużka potu ciekła mi po ręce. Gdy wracałam do domu marzyłam tylko o prysznicu i mrożonej kawie. Przy czym prysznic pomagał tylko na krótką metę, bo po kilku minutach ciało ponownie kleiło się od potu.


Lato 2009/2010 było zdecydowanie cieplejsze, jak i bardziej mokre. Często było po prostu duszno i w związku z tym występowało sporo burz, nawet angielska wikipedia podaje, że w lutym 2010 było najwięcej opadów w Sydney od lat, a moja ulubiona strona australijskiej narodowej agencji meteorologicznej, z pogodą dla różnych regionów Australii, podaje, że w Sydney latem w 2010 roku odnotowano opady na poziomie 342.2 mm, wyższe od średniej 297.2 mm. Natomiast na przełomie całego roku 2010 w Sydney wystąpiło 146 dni deszczowych.

Wracając do temperatury latem 2010 roku mieliśmy 54 ciepłe noce, przy czym rekordowa ilość 64 nocy przypada na przełom lat 1990/1991. Warto jeszcze wspomnieć, że średnia ciepłych nocy dla Sydney to 21 (za ciepłą noc australijska narodowa agencja meteorologiczna uznaje tę, w trakcie której najniższa temperatura nie spada poniżej 20˚C). Z doświadczenia zaś wiemy, że ciepłą noc można łatwo poznać po trudnościach z zaśnięciem ;)

W tym roku tylko raz przekroczyliśmy 40˚C i to o 1˚C, a było to w pierwszym tygodniu lutego. Na całe szczęście tym razem mamy klimatyzację w sypialni i specjalnie nam to nie doskwierało :) Obeszło się też bez takiej ilości mrożonej kawy jak rok temu :) chociaż tego akurat żałuję ;) Długo, długo lato nie chciało nadejść, nawet nasi znajomi, Australijczycy, zdziwieni byli tym, co się dzieje. Sandi na przykład mówiła: „Przecież to Australia! Powinniśmy mieć około 40˚C o tej porze roku.”. W listopadzie pojawiło się kilka ciepłych dni, ale powiedziałabym, że przyjemnie ciepłych, a nie gorących, było około 30˚C (tak w granicach 25-31) mniej więcej tak samo wyglądał grudzień.

Na całe szczęście święta 2010 nie stały pod znakiem deszczu tak jak w 2009. Potem przyszedł styczeń i zrobiło się ciepło. Nadal jednak nie było to, to samo co w 2010 roku. Temperatury, jak dla mnie i Przemka były zupełnie przyjemne, mogliśmy pozwolić sobie na zwiedzanie, nie zastanawialiśmy się nad tym, gdzie by tu się schować przed słońcem i żarem jaki panuje na dworze. Mijające lato było również w porównaniu do zeszłorocznego suche. Dopiero gdzieś od około 11 lutego zaczęło padać, ale z mniejszą intensywnością niż rok temu, a temperatury spadły poniżej 30˚C (zdarzały się również zaledwie 24˚C, natomiast prognoza na następny tydzień nie rokuje żadnej poprawy). Wspomnieć należy, że w trakcie poprzednich dwóch lat nadal było ciepło aż do końca marca (28-30˚C), dopiero kwiecień przynosił chłodne poranki i wieczory. Dla mnie pogoda z przełomu 2010/2011 była zdecydowanie przyjemniejsza niż 2009/2010.

Skoro już o lecie mowa, to z czystej ciekawości sprawdziłam, jak to było w dłuższym okresie czasu. Gazeta The Sydney Morning Herald podawała, że w styczniu 2006 roku przekroczone zostały 44˚C, porównywano tę temperaturę do rekordowej odnotowanej 14 stycznia 1939, która sięgnęła 45.3˚C. Osoby znające język angielski znajdą w tym artykule nieco więcej ciekawostek. Jeśli ktoś jest zainteresowany to odsyłam również do tabeli, w której można porównać sobie temperatury maksymalne i minimalne od stycznia 1859 do grudnia 2005.

O wiośnie powiem krótko, obie, których doświadczyliśmy, były deszczowe i ze zmienną temperaturą, chociaż Australian Government Bureau of Meteorology, podaje, że to właśnie wiosna 2010 roku była najbardziej mokrą wiosną od 7 lat. W październiku 2009 temperatura zmieniała się bardzo gwałtownie. Jednego dnia było 17˚C i marzliśmy do tego stopnia, że trzeba było włączać grzejniki, podczas, gdy następnego dnia było przeszło 30˚C. Wówczas to bardzo bolały nas głowy i to właśnie wtedy Przemek, próbując sobie jakoś z tym poradzić, zaczął pić kawę. Od tamtej pory jest to jego ulubiony napój :) od którego wcześniej stronił.

Najbardziej z australijskich pór roku podoba nam się jesień. Obie, które mieliśmy okazję tu spędzić były ciepłe, ale nie upalne, nie padało też tak dużo jak wiosną, czy latem. Niestety minusem jesieni jest to, że już w kwietniu odczuwa się chłodne poranki i wieczory, a potem jest już tylko gorzej. Być może mieliśmy po prostu szczęście, ponieważ według Australian Government Bureau of Meteorology, jesień 2010 była ciepła i sucha, chociaż ta sprzed dwóch lat charakteryzowała się opadami nieco wyższymi niż średnie opady o tej porze.

No i w końcu dotarłam do zimy :) O jednej z nich już pisałam w czerwcu 2009 - Australijska zima :) Pomimo upływu czasu, to co wówczas opublikowałam jest nadal aktualne. Zima w Australii jest zimna, przydadzą się więc czapki, szaliki i kurteczka, którą czasami w ciągu dnia się ściąga :) Chcąc przyjechać do Australii weźcie, więc pod uwagę, że bez porządnego śpiwora/pierzyny można w nocy nieźle zmarznąć, co my niestety odczuliśmy na własnej skórze. Z kolei pierwszym zakupem naszych znajomych, którzy przyjechali w czerwcu, był grzejnik, z którym potem chodzili wszędzie po domu :)

W 2009 roku w czerwcu mocno padało, prawie dzień w dzień, za to w lipcu i sierpniu było już spokojniej. Czegoś podobnego spodziewałam się w minionym roku i nawet podtrzymywałam koleżankę na duchu, że deszcze wkrótce przejdą, bo przecież w 2009 lipiec był suchy. Nic z tego, w 2010 roku padało jeszcze długo, nic dziwnego skoro od 2007 roku była to najbardziej mokra zima. Można prawie było wpaść w depresję, nieomalże taką, jak w Polsce ;) Zima 2009, okazała się być trzecią najcieplejszą zimą jaką odnotowano w Sydney i w porównaniu do tej z 2010 roku, średnie opady w 2009 roku wynosił 188.8 mm, a w 2010 roku 288.8 mm, co stanowi sporą różnicę, nieprawdaż?

Czerwony pył w Sydney - 23 wrzesień 2009 Burza piaskowa w Sydney - 23 wrzesień 2009

Jak widać, z pogodą nigdy nic nie wiadomo i jak każdy z nas wie, nie tylko w Australii :)

Dużo więcej ciekawostek związanych z temperaturami panującymi w Sydney (i nie tylko) znajdziecie na stronie Australian Government Bureau of Meteorology. Zainteresowanym serdecznie polecam, zwłaszcza, że dostępna tam prognoza pogody jest jedną z najdokładniejszych w sieci, dodatkowo aktualizowana co kilka godzin.

czwartek, 10 lutego 2011

Studenckie życie w Sydney

Australia – kangury, koale, słońce, czyli kraj marzeń niejednego Polaka, ale jak to jest naprawdę?

Koala
Przebywając tutaj już prawie dwa lata w końcu mogę napisać parę słów na ten temat. Ten post przeznaczony jest głównie dla tych, którzy chcą wykupić sobie kurs w Sydney, otrzymać wizę studencką i przyjechać tu na kilka miesięcy, podszkolić angielski, zrobić może przy okazji inne warsztaty, trochę popracować i coś niecoś zwiedzić.

Sydney Opera HouseŻycie na miejscu okazuje się zupełnie inne niż to, czego większość z nas oczekiwała. Najpierw czeka na nas szok w sklepie. Myślę, że każdy z Polski przez to przechodzi, bo nagle okazuje się, że Sydney nie jest tanie. Cyfrowo wygląda to jak w naszym kraju, ale nie zapominajmy jednak, że złotówka jest słabsza od dolara australijskiego. Po jakimś czasie każdy nauczy się, gdzie i za ile kupić dany produkt, żeby nie przepłacić i prędzej czy później okazuje się, że można tu żyć i nawet coś odłożyć :) szczególnie, jeśli ma się pracę.

Huntsman spider - Pająk HuntsmanZanim jednak napiszę o pracy może najpierw parę słów o drugiej w kolejności konieczności – dach nad głową. Wiele osób z zagranicy decyduje się na wynajęcie pokoju. Jeśli się dobrze poszuka i będzie się miało szczęście znajdzie się coś za mniej niż $200 za tydzień, z reguły jest to pokój dzielony z kimś, ale niekoniecznie. Cena oczywiście uzależniona jest od wielu rzeczy: rachunków (wliczone, czy nie), Internet, dzielnica, ilość osób w mieszkaniu, itp.. W większości przypadków trzeba jednak liczyć się z wydatkiem rzędu około $300 na tydzień, co w miesiącu daje $1200.

Batoidea - Płaszczka Black Swan - Łabędź czarny Dugong - Diugoń

Szczęśliwi znalazcy pokoju, zaczynają rozglądać się za pracą i tu rozpoczynają się problemy. Praca w Sydney jest i jest jej dużo, trzeba tylko być we właściwym miejscu o właściwym czasie, czyli jak wszędzie. Student rozglądający się za zajęciem dla siebie ma do pokonania kilka przeszkód. Przede wszystkim konkurencję (Sydney zalane jest przez obcokrajowców), no i fakt, że nie jest on dostępny 24/7, niestety ograniczenia wizowe, pozwalają na pracę w wymiarze 20 godzin tygodniowo. Na całe szczęście dla studentów nie wszyscy pracodawcy tego przestrzegają. Przebywając w Sydney poznałam tylko jedną osobę, z którą pracodawca podpisał umowę, nazwijmy ją pani „A”. Nie miała ona ograniczeń czasowych w wizie, ani żadnych dodatkowych obowiązków typu nauka, co pozwalało jej na pracę 24/7. Wszyscy pozostali znajomi studenci pracowali na czarno, tzn. mogli pracować legalnie, nikt jednak z nimi niczego nie podpisywał i z dnia na dzień mógł powiedzieć im: „Do widzenia”. Może opiszę parę przypadków.

University of Sydney - Uniwersytet w Sydney
Pani „B”, pracowała w Anglii przez długi okres czasu w wyuczonym zawodzie. Ładnie mówi po angielsku. Bardzo sympatyczna osoba, zawsze uśmiechnięta i rozmowna. Pracowała też w Polsce, również w zawodzie, tutaj w Sydney była sprzedawczynią. Oczywiście nikt nie podpisał z nią jakiejkolwiek umowy, a żeby nie stracić posady zgadzała się na wszystko, czyli praca w weekendy i wszelkie inne dni wolne. Sydney Tower - Wieża w SydneyPan „C” pracował w pizzerii zajmował się wszystkim, dowoził pizzę, przyjmował zamówienia, robił pizzę. Potem przerzucił się na malowanie, bo lepiej mu płacono. Pani „D” pracowała głównie w restauracjach i kawiarniach, pomimo studiowania tutaj ekonomii. Pani „E” kończy szkołę fryzjerską, od 16 miesięcy jest kucharką w restauracji, ale marzy o pracy w zawodzie. Pan „F” już od bardzo dawna zajmuje się robieniem pizzy, sam z siebie się śmieje, że jeśli nie zostanie w Australii, to chyba w swoim kraju będzie robił pizzę, bo ma już taką wprawę. Pani „G” jest w Australii od roku, poznałam ją w sklepie, gdzie pracowała jako sprzedawczyni. Bardzo ubolewała nad tym, że nikt nie chce jej zatrudnić w zawodzie, pomimo tego, iż w Brazylii zrobiła magistra. Teraz musi przechodzić przez to raz jeszcze, tym razem studiuje to samo, co w Brazylii, ale w Australii. Mam nadzieję, że jej się uda ułożyć tu życie, w grudniu bowiem ślubowała z Australijczykiem. Redback spider - Latrodectus hasselti jadowity pająkPan „H” trochę roznosił ulotki, potem sprzątał parking w wieżowcu, nie wiem, co porabia teraz, może znalazł coś lepszego. Pani „I” przez długi okres czasu była opiekunką, również kelnerką. Pani „J” była opiekunką, a oprócz tego łapała się każdego dodatkowego zajęcia zleconego jej przez agencję. Pani „K” długo mieszkała w Anglii, ślicznie mówi w tym języku, pracowała w zawodzie, w Sydney została nianią. Pan „L” magister znalazł pracę w zawodzie, ale dla pracodawcy nie ważne było jego doświadczenie zawodowe, lecz to czy ma styczność z angielskim na co dzień. Większość z wymienionych przeze mnie osób (nie tylko Polaków), posiada wyższe wykształcenie, niektórzy mają także doświadczenie zawodowe. Niestety to czego im brakuje to obywatelstwo australijskie, a czasami przeszkadzają im zbyt wysokie kwalifikacje. Tak w Australii nikt (kto jest tego świadomy) nie zatrudni jako sprzedawcy osoby po licencjacie, a co dopiero z dyplomem magistra. Jako ciekawostkę załączam australijski przelicznik: licencjat to jeden dyplom, magister to dwa dyplomy! I jak można się domyśleć, mało który menadżer ma licencjata...

Sydney Harbour Bridge, most w Sydney
Jeżeli, ktoś ma cierpliwość, to życie studenckie świetnie przedstawiają dwa blogi Australijski Sen oraz Australijski Sen &, gorąco polecam. Opisywali oni każdy swój dzień życia tutaj, także można przeżywać razem z nimi wszystkie rozterki i radości.

Red-necked Wallaby - Walabia BennettaNie chcę, aby ktoś czytający tego bloga pomyślał, iż zniechęcam do przyjazdu do Sydney, ależ skąd! To bardzo piękne miasto, pełne życzliwych ludzi, przepięknych roślin, zwierząt i lśniącego słońca (nie zapominajmy jednak o deszczach ;) ). Jak trzeba każdy sobie tutaj poradzi, nauczy się wszystkiego i znajdzie zajęcie, które może pozwoli mu na odkrycie tego wspaniałego kraju. Chciałam Wam jednak przekazać nieco realiów z życia studenckiego, czyli to czego należy się tu spodziewać. Myślę, że sytuacja wygląda inaczej w przypadku osób z rezydenturą i obywatelstwem.

The Royal Botanic Gardens in Sydney - Ogród Botaniczny w Sydney
Na koniec optymistyczny akcent, większość spośród wymienionych przeze mnie osób wyjechało na wymarzone australijskie wakacje. Może, więc warto próbować :)

Common Brushtail Possum - Pałanka kuzu The Robert Brough Memorial Fountain Galah - Kakadu różowa

Kilka postów, które mogą okazać się przydatne przylatującym do Sydney:


piątek, 4 lutego 2011

Trzy siostry, eukaliptusowe wyziewy i efekt Rayleigh’a

Przemek szuka gór w KatoombieW końcu nam się udało! Po przeszło 23 miesiącach pobytu w Sydney wreszcie pojechaliśmy do Blue Mountains. Przemek był wprawdzie skłony, zamiast siedzieć w pociągu, leżeć w łóżku pochrapując, a ja również mało co nie zgodziłam się na tę symfonię, jednak chęć przygody była silniejsza.

Blue MountainsDo Katoomby (Ka-toom-ba czyli „shiny, tumbling waters” błyskające, spadające wody, tak Aborygeni nazywają wodospad w Dolinie Jamison poniżej Amfiteatru Harry'ego) dotarliśmy rankiem i od razu zaatakowaliśmy biura dla turystów, gdzie na stercie darmowych gazetek znaleźliśmy mapę oraz informator „Blue Mountains Tourist”. Pierwsze było nam niezbędne, by móc wytyczyć sobie trasę marszu, z drugiego niezmiernie się cieszę, bo w końcu dowiedziałam się: Why are the Blue Mountains blue?, czyli: Dlaczego Góry Błękitne są niebieskie?. Ku mojemu zaskoczeniu odpowiedź była zadziwiająco prosta. Jak do tej pory spotkałam się z teorią, że kolor ten nadają miliony kropelek olejków eterycznych uwalnianych do atmosfery przez ogromną liczbę drzew eukaliptusowych. Odpowiedź ta jest jednak nie do końca prawidłowa!

Mapa Katoomby i Blue MountainsW 1955 roku proboszcz ówczesnej parafii, trapiony niebieskością gór, wystosował zapytanie do Wydziału Fizyki na Uniwersytecie Sydneyskim. Profesor Harry Messel odpowiedział mu, że ma to związek po prostu z rozpraszaniem Rayleigh’a, z uwagi na występowanie w atmosferze maleńkich cząstek, jak choćby pyłu. Zatem do niebieskości nie potrzeba otaczać się eukaliptusami.

Błędna teoria z kropelkami oleju z eukaliptusów, pojawiła się w 1900 roku, kiedy to Lady Audrey Tennson żona gubernatora Południowej Australii podróżowała do jaskiń Jenolan przez Blue Mounitains. Wówczas to jej kierowca poinformował ją, że być może jest to związane z olejkami z drzew eukaliptusowych. Niestety obecnie ta nieścisła teoria nadal jest powielana.

My i Trzy SiostryZadowoleni z naszych nowych nabytków, zahaczyliśmy jeszcze o Subway’a, Proces tworzenia się Trzech Sióstrgdzie kupiliśmy ciepłą bułeczkę z awokado i kurczakiem, a następnie poszliśmy ulicą Katoomba, w kierunku, w którym podobno miały być góry. W Polsce, jak choćby w Zakopanym, wychodząc na stacji od razu widać piękne szczyty witające przybyłych. Tutaj w trakcie naszego marszu Przemka dopadło zwątpienie, czy oby w dobrym kierunku idziemy, bo w ogóle nie czuło się tej atmosfery a na usta cisnęło się kolejne pytanie: Gdzie są te góry?. Muszę Was zapewnić, że drogi nie pomyliliśmy. Już po około trzydziestu minutach dotarliśmy do naszego celu, czyli Echo Point, jednej z głównych atrakcji turystycznych. Stąd właśnie podziwiać można między innymi: Górę Solitary, Górę Gibraltar, Dolinę Kedumba, Płaskowyż Kings, jak również znane każdemu Australijczykowi The Three Sisters.

Z The Three Sisters, czyli Trzema Siostrami związane jest wiele legend, z których jedną teraz przedstawię:
Przynależące do plemienia Gundungurra, żyjącego w Dolinie Jamison, trzy piękne siostry: Meehni, Wimlah oraz Gunnedoo, zakochane były ze wzajemnością w trzech braciach wywodzących się z innego sąsiadującego plemienia Dharruk. Niestety do małżeństw nie mogło dość ze względu na panujące prawa w obydwu plemionach. Bracia jednak postanowili wziąć dziewczęta siłą i jak można się domyśleć rozgorzała bitwa pomiędzy plemionami. Chcąc uchronić dziewczęta czarownik Kuradjuri zmienił je w kamień, aby po zakończonej walce je odczarować. Niestety Kuradjuri zginął i tak od tego tragicznego wydarzenia, aż po dzień dzisiejszy nikt nie jest w stanie złamać rzuconego na trzy siostry zaklęcia.

The Three Sisters
Gdy już napatrzyliśmy się na The Three Sisters i porozczulaliśmy się nad ich nieszczęśliwym losem, postanowiliśmy, że czas zobaczyć Dziewczyny z bliska. Nie było to przecież tak daleko, zaledwie 15 minut od Echo Point. Tuż przed wejściem na właściwy szlak natrafiliśmy na informację, że trasa przeznaczona jest dla osób sprawnych fizycznie, z uwagi na gigantyczne schody. Jest! Coś dla nas! :) A zatem w drogę. Z bliska Trzy Siostry szału nie robią, za to było tu sporo turystów, uznaliśmy, więc że trzeba się czym prędzej ewakuować najlepiej w dół i w dół, i w dół… Trasa była bardzo ciekawa i malownicza, duże wrażenie sprawiają schody, pod którymi jest przepaść. Jak się okazuje, opis był jak najbardziej właściwy, stopni tych nie było widać końca. Niestety akurat na tym odcinku drogi skrobali nam marchewki turyści, a wśród nich niemiłosiernie głośna i gadatliwa kobieta! Czasami udało nam się ich na trochę odstawić, ale chcąc uwiecznić ładne widoki lub zwierzęta, które mijaliśmy, zatrzymywaliśmy się co jakiś czas, a wówczas „natrętna atrakcja” nas doganiała. Dopiero, gdy dotarliśmy na sam dół udało nam się uwolnić od wiecznej gaduły. Chyba się zmęczyła ;)

Wchodzimy na gigantyczne schody  Schody

Przemek pod Trzema SiostramiSpokojnym tempem skierowaliśmy się na szlak Federal Pass. Miał on doprowadzić nas do Katoomba Falls. Już na samym początku przywitały nas nieduże brązowe ptaszki sakiewniki (rockwarbler). Przemka szczególnie zachwycił ich śpiew, stał jak zaczarowany z wysoko zadartą głową i ani myślał się ruszyć. Dopiero, po dłuższej chwili podążył za mną. Cała trasa była przyjemna, raczej jak spacer po parku, w ogóle nie porównałabym jej do jakiejkolwiek w naszych polskich górach. Owszem zdarzały się schodki, jednakże nieliczne.

Połowa drogiDzięki temu, że droga nie należała do wyczerpujących, można było skupić się na podziwianiu przyrody, dodatkowo sprzyjał temu brak ludzi. Od czasu do czasu z kimś się minęliśmy, ale to była rzadkość. Dopiero, gdy zbliżaliśmy się do wodospadu Katoomba (przez niektórych nazywany Ketumba) zaczęło robić się tłoczniej. Z dołu wodospad wyglądał jak niewielka mgiełka spływająca ze skał. Kiedy Przemek uwieczniał go na zdjęciu, jeden z turystów zapytał, czy planujemy pojechać kolejką linową, bo warto spojrzeć na wodospad z innej perspektywy. Oczywiście taki mieliśmy plan, ale powoli, trzeba zaliczyć wszystkie atrakcje, które zapewnia nam ten szlak.

 Kolejka Railway 

Gdy dotarliśmy do stacji kolejki naziemnej Railway trudno było przecisnąć się pomiędzy mieszczuchami. Niektórzy naprawdę nas zadziwiali, jak choćby panie na bardzo wysokich obcasach (szpilkach) :) No cóż, może to są niesamowicie wygodne buty wskazane na takie trasy ;)


Tuż za stacją natrafiliśmy na ekspozycję związaną z życiem dawnych górników. Większość z nich rozpoczynała pracę już w wieku 14 lat, idąc w ślady swoich ojców. Niektórzy szczęściarze na początku otrzymywali zadania na powierzchni, choćby jako „token boy”, czyli zajmowali się zbieraniem od górników „token’ów” - breloczków z numerem identyfikacyjnym. Inni od razu trafiali pod ziemię wydobywać węgiel.

  

Kierując się od kolejki Railway do Cableway, którą byliśmy zainteresowani, zboczyliśmy ze ścieżki i wybraliśmy dłuższą trasę prowadzącą do chatki górnika oraz Rainforest Room. W czasie spaceru można było dowiedzieć się nieco więcej na temat przyrody występującej na tym obszarze, przy wielu roślinach stały tabliczki informacyjne, a przy części drzew były także zamieszczone dane dotyczące ich burzliwej historii. Tuż przy domku górnika widzieliśmy samca lirogona (lyrebird), który podobnie jak sakiewniki pięknie śpiewał. Podczas, gdy wszyscy turyści skupili się na ptaku, ja obejrzałam sobie wnętrze chatki, a gdy ludzie się rozeszli, ja zachwycałam się zwierzęciem.

Chatka górnika W chatce górnika W chatce górnika

  

Przemek ogląda pień drzewaUdało nam się także obejrzeć pień drzewa Monty'iego (Monty’s tree), zanim jednak do tego doszło Przemek prawie wystawił bramkę, która zabezpieczała dostęp do niego. Ula ogląda pień drzewaByliśmy nawet przekonani, że z jakiś powodów została ona zakluczona. Na całe szczęście w końcu Przemek znalazł niewielki „dynks”, który otworzył dla nas „wrota” :) Ostatecznie jednak najlepszą atrakcją okazał się nie sam pień, ale to co można było znaleźć u jego podstawy, czyli czapki utracone przez nierozważnych mieszczuchów. Według naszej teorii, po zamknięciu szlaku strażnicy zbierają zguby by potem sprzedać je w sklepikach z pamiątkami ;) a zyski ze sprzedaży przeznaczone są na kolejne odcinki dywanu...

Pień od środka... ...a na dole

Tak właśnie, jak wiadomo chodzenie po lesie deszczowym w błocie jest nieprzyjemne i można się pośliznąć, dlatego połowa ścieżki prowadzącej do Rainforest Room wyłożona jest wykładziną, ale nie wszędzie. Dlatego należy zaglądać w pień Drzewa Monty'iego w czapkach, które w przeciwieństwie do naszych, nie mają sznurków ;)

Kolejka CablewayGdy dotarliśmy do kolejki Cableway, która miała nas zawieść do Scenic World Top Station, spotkała nas kolejna niespodzianka. W kolejce CablewayOperator kolejki typowy Australijczyk, zauważywszy na pokładzie wielu Azjatów, poza standardowym powitaniem po angielsku, zaczął wypowiadać formułki, jak przypuszczamy, po japońsku, w różnych chińskich dialektach i innych azjatyckich językach. Wow! Niestety zanim nastąpiło polskie powitanie, jazda dobiegła końca i nasz poliglota zaczął się już żegnać! No cóż, postanowiliśmy, więc poduczyć go mickiewiczowej mowy i na odchodne zaserwowaliśmy mu „Do widzenia!”. A niech sobie nie myśli „Polacy nie gęsi i swój język mają” ;) ... w odpowiedzi dostaliśmy „Jak się masz? Dobrze. To dobrze.” :D

Widok z kolejki Cableway
Na górze w Scenic World Top Station uśmiechnięci od ucha do ucha musieliśmy ochłonąć po dawce austropolskiego. Ochłodziliśmy, więc nasze organizmy pyszną mrożoną kawą, a potem obejrzeliśmy czapki w sklepie z pamiątkami, w celu sprawdzenia słuszności naszej teorii ;) Następnie ruszyliśmy w dalszą drogę, czyli do kolejki Skyway. To właśnie ze Skyway mieliśmy okazję podziwiać wodospad Katoomba po raz kolejny, ale nie ostatni tego dnia. Ja dodatkowo sprawdzałam jak to jest patrzyć w przepaść, stałam bowiem w części z przezroczystą podłogą i choć była ona już nieco porysowana od butów, nadal dostarczała niesamowitych wrażeń, szczególnie gdy zbliżaliśmy się do klifu.

Przemek w Skyway Kolejka Skyway Podłoga w Skyway

Shiny, tumbling waters, widok ze SkywayRewelacyjnie było przejechać się kolejką linową, ale jeszcze przyjemniej jest korzystać w własnych mięśni, w końcu „shiny, tumbling waters” czeka. Koralicowiec czerwonyZatrzymaliśmy się jeszcze tylko na chwilę koło parkingu, aby zjeść coś pożywnego przy stole. Wówczas to pojawił się niewielki koralicowiec czerwony (red wattleird). Strasznie sympatyczny ptaszek, sprawiający wrażenie bardzo odważnego, skakał koło nas czekając na jakąś przekąskę. Oczywiście wykorzystaliśmy tę okazję, aby zrobić mu kilka zdjęć, no i w drogę. Trzeba było pokonać jeszcze tylko kilka schodków, aby ukazał nam się wodospad. Kilka osób siedziało w cieniu drzew i cieszyło się kojącym szumem wody. Wcale się im nie dziwię, miejsce ładne i spokojne bez niechcianych tłumów, do tego było tu nieco chłodniej niż w pełnym słońcu. My nie zabawiliśmy tu długo, podeszliśmy jeszcze do punktu widokowego, po czym ruszyliśmy w drogę powrotną tym razem dla odmiany szlakiem Prince Henry Cliff Walk.

Przemek i wodospad Katoomba

  

Widoki zupełnie inne od tych na Federal Pass i temperatura także. Słońce dawało się nam we znaki, a na trasie było więcej schodów niż mieliśmy do pokonania poprzednio. Pomimo tego przyjemnie się nam szło, a bajeczne widoki rekompensowały nam brak cienia :) Gdy w końcu dotarliśmy do punktu, z którego ruszyliśmy Echo Point szybko uzupełniliśmy braki wody. W trakcie naszego dzisiejszego spaceru po Blue Mountains każde z nas zdążyło już wypić więcej niż 2 litry płynów i wciąż nam było mało.

  

Gdy skontrolowaliśmy czas okazało się, że mamy zaledwie 30 minut do pociągu, czy zdążymy? Chyba nie… Mieliśmy już trochę w nogach, poza tym droga z Echo Point na stację prowadziła pod górkę. W trakcie jednak okazało się, że całkiem nieźle nam idzie. Nie wiem jak to zrobiliśmy, ale do celu dotarliśmy na 5 minut przed odjazdem pociągu, choć przyznam, że ten ostatni odcinek wymęczył nas bardziej niż same góry.